fc237fc351bf482298b891cf11732027

Krzywdziłem polskie dzieci, to był czysty biznes. Niemiecki urzędnik o odbieraniu dzieci polskim rodzinom

Niemiecki urząd do spraw dzieci i młodzieży – Jugendamt, nie bez powodu owiany jest tak fatalną sławą. Co roku dziesiątki polskich dzieci jest odbieranych rodzicom. Powody najczęściej są błahe. Wystarczy sprzeczka między rodzicami, siniaki dziecka, które mają być dowodami na przemoc jakiej maluch doświadcza w domu, lub zbyt głośny płacz w miejscu publicznym.

Odebranie dziecka najczęściej kończy się przymusową adopcją, lub wychowywaniem przez rodziny zastępcze.

To czysty biznes. Za jedno dziecko wychowywane w rodzinie zastępczej Jugendamt płaci 1000 euro (ponad 4 tys. zł), jeżeli jest niepełnosprawne, ta kwota może wzrosnąć do 25 tys. euro

—po 12 latach pracy w Jugendamcie opowiada Uwe Kirchoff.

Mężczyzna zdecydował się powiedzieć prawdę o swojej pracy i krzywdzie jakiej doświadczają polskie dzieci.

Każdego dnia prześladowała mnie myśl, że krzywdzę polskie dzieci i rozbijam szczęśliwe rodziny. Wreszcie powiedziałem „dość!”

—przyznał mężczyzna cytowany przez fakt24.pl.

Uwe Kirchoff opowiedział historię pierwszego dziecka, które odebrał polskiej rodzinie.

To był 14-letni chłopiec. Ukradł batonik ze sklepu. To wystarczyło, by uznać, że jego rodzice nie są go w stanie wychować. Nie mogę zapomnieć jego płaczu, kiedy go odbierałem

—mówił.

Podkreślił też, że o polskie dzieci zabiega wiele niemieckich rodzin zastępczych. Z opowieści byłego urzędnika Jugendamtu wynika, że działanie urzędu jest perfidne, zaplanowane i opiera się w dużej mierze na manipulacji. Urząd zajmuje się przede wszystkim obcokrajowcami, im najłatwiej jest odebrać dziecko, bo są w obcym kraju i często nie znają języka. Cała procedura zaczyna się od niezapowiedzianych kontroli w domach.

Wystarczy napisać w dokumentach, że dziecko jest w domu smutne. To może być podstawą do odebrania go rodzicom. A płacz? Błagania rodziców? Urzędnika ma to nie obchodzić

—przyznaje i zdradza jaki cel, przyświeca niemieckim urzędnikom.

Oprócz tego, że na dzieciach można nieźle zarobić, to liczy się też ich germanizacja.

Uwe Kirchoff podkreślił też, że po latach pracy w urzędzie miał dość, nie radził sobie z wyrzutami sumienia i zaczął pomagać rodzinom w odzyskiwaniu dzieci.

Powiedział wprost, że Jugendamt to „zakłamana instytucja”.

Komentarze

komentarzy