492ae91fcd54b4d1c9ff276159768a5f

To powinny być ostatnie wybory nadzorowane przez PKW

Te wybory powinny być ostatnimi, które nadzoruje Państwowa Komisja Wyborcza w obecnej postaci i strukturze, a przynajmniej w obecnym składzie. Trudno o większą, bardziej wyrazistą i bardziej ostateczną kompromitację niż ta, której jesteśmy właśnie świadkami. I jest to kompromitacja na wielu poziomach.

Poziom 1.: W planie strategicznym PKW wykazała się zadziwiającą niefrasobliwością w kwestii kalendarium przetargu na nowy system liczenia głosów. Nawet wziąwszy pod uwagę, że pierwszy przetarg został ogłoszony jeszcze w listopadzie ubiegłego roku, to z punktu widzenia czasu, jaki zwykle potrzebny jest do testów wielkich mechanizmów informatycznych (a platforma wyborcza PKW jest porównywalna z systemami takimi jak choćby CEPIK czy PESEL w swoich kolejnych wersjach), był to okres absurdalnie krótki wobec nadchodzących wyborów. Podstawowe pytanie, jakie należy zadać, brzmi: dlaczego PKW nie ogłosiła przetargu na nowy system np. w roku 2011, gdy do najbliższych wyborów pozostawały trzy lata i byłoby dość czasu, aby system skonstruować i gruntownie przetestować?

Po unieważnieniu pierwszego przetargu PKW ogłosiła kolejną serię przetargów na pojedyncze systemy do obsługi kolejnych wyborów, zamiast jednego dużego przetargu na uniwersalny system, który można by stosować przy każdych wyborach. Przetarg dotyczący obecnych wyborów wygrała jedyna startująca w nim firma, która przedstawiła zresztą cenę śmiesznie niską jak na tego typu przedsięwzięcie – niecałe pół miliona złotych. Zgodnie z PZP brak konkurencyjnych ofert nie może być powodem unieważnienia przetargu. Zadziwia jednak, że PKW nie alarmowała, skoro podczas kolejnych testów narastały wątpliwości. Zadziwia, dlaczego nie odłożyła sprawy na czas po gorącym okresie wyborczym albo dlaczego nie oparła się w tych wyborach na systemie dotychczasowym, spokojnie dopracowując nowy. Świadczy to albo o tym, że PKW nie panuje nad powierzoną jej materią, albo nie ma świadomości jej skomplikowania, albo też przyczyny są jeszcze jakieś inne, znacznie mniej przyjemne.

Poziom 2.: Poraża niefrasobliwość i poziom samozadowolenia członków PKW. W czasie przedwyborczym, gdy dziennikarze wielokrotnie pytali, czy system będzie na pewno działał, przedstawiciele PKW bagatelizowali sprawę, zarazem nie rozwiewając wątpliwości. Być może pokrywali w ten sposób własną niekompetencję. Dziś wygląda na to, że żaden z nich nie poczuwa się do odpowiedzialności, choć przy minimum przyzwoitości przynajmniej przewodniczący PKW powinien zaraz po sfinalizowaniu wyborów zrezygnować z członkostwa w komisji.

Nawet jeżeli uznajemy, że bezpośrednim winnym jest firma, która dostarczyła oprogramowanie; posłowie, którzy uchwalili PZP w obecnym kształcie, gdzie decydujące jest zawsze kryterium ceny; decydenci, którzy nie zgodzili się na wyłączenie zakupu nowego systemu z PZP – to i tak odpowiedzialność polityczna za obecny bajzel (nie da się tego inaczej nazwać) spada ostatecznie na PKW.

Poziom 3.: Członkowie PKW wielokrotnie dowiedli, że nie są zdolni do ogarnięcia kwestii technologicznych, nie tylko związanych z systemem liczenia głosów, lecz również  z funkcjonowaniem ciszy wyborczej. Oczywiście nie oni ustalali kształt kodeksu wyborczego, który w obecnych okolicznościach jest w tym względzie groteskowo archaiczny, ale jako organ opierający swoje funkcjonowanie właśnie na tych przepisach mają największy mandat do tego, żeby zarekomendować zmiany. Zamiast tego członkowie PKW jako naruszenie ciszy wyborczej kwalifikują „lajki na fejsbuku”.

Przepisy o PKW są skonstruowane w taki sposób, że powołani do niej członkowie stają się niemal nieodwoływalni. Niektórzy tłumaczą, że ma to wzmacniać autorytet PKW. Problem w tym, że PKW nie ma już żadnego autorytetu. Politycy każdej opcji w kuluarowych rozmowach nie zostawiają na leśnych dziadkach suchej nitki. Obywatele prześcigają się w okrutnych kpinach z tego geriatrycznego towarzystwa. Kto sprawdzi życiorys sędziego Stefana Jaworskiego, może się zdziwić, że na straży demokratycznych wyborów w III RP stoi były peerelowski prokurator. To zaiste trupa kuriozalna i tragikomiczna.

Reforma kodeksu wyborczego, gdyby miało do niej dojść, powinna odpowiedzieć na pytanie, czy PKW w ogóle musi mieć taki kształt. Skoro skargi na proces wyborczy rozpatruje Sąd Najwyższy, a nie PKW, to jakie jest uzasadnienie, aby zasiadali w niej sędziowie? Może PKW powinna zostać sprowadzona do roli sprawnego menadżersko i technologicznie organizatora wyborów? Może w jej skład powinni wchodzić specjaliści od zarządzania, od cyfryzacji i od prawa administracyjnego, a nie zgrzybiali starcy z korzeniami w Peerelu, wywodzący się z korporacji zawodowej, która nigdy nie została poddana żadnej weryfikacji? Może można by rolę merytorycznego nadzorcy wyborów przekazać gremium czynnych sędziów SN?

Kilka rzeczy wydaje się pewnych. Po pierwsze – jeśli nikt, w tym nikt z PKW, nie poniesie odpowiedzialności za obecny skandal, to znaczy, że także pod względem organizacji wyborów jesteśmy na poziomie trzeciego świata. Po drugie – obecny kształt kodeksu wyborczego wymaga pilnych zmian. Po trzecie – obecna rola, skład i sposób powoływania PKW wydaje się nie mieć żadnego uzasadnienia.

autor: Łukasz Warzecha

Komentarze

komentarzy