lewe przetargi

Lewe przetargi ustawiały ze mną nawet ministerstwa i sądy

Przetarg to sposób na uzyskanie najlepszych warunków i najniższej ceny na zamówienia publiczne? Tę definicję można włożyć między bajki. Każdy, kto choć raz w życiu miał do czynienia z przetargami wie, że jest to jeden z największych mitów, które mają stwarzać wrażenie transparentności i uczciwości wydawania publicznych pieniędzy. Sami zainteresowani tym procederem specjalnie nie protestują. W końcu lepiej grać w tę grę, niż wypaść z branży. Dotarliśmy do trzech osób które opowiedziały nam, jak to robić.

„Piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy” – powiedział przed laty piłkarz Gary Lineker. Teoretycznie próbować może każdy, ale z jakiegoś powodu (i zgodnie z zasadami) i tak najczęściej wygrywają nasi zachodni sąsiedzi. Tak samo jest z przetargami. Niby wszystko się zgadza i wszyscy biorą udział w konkursach na równych zasadach, ale i tak wygrywa ten, kto po prostu ma wygrać.

Nikogo nie powinno zatem dziwić, że przetarg na limuzyny dla ZUS wygrała Skoda Superb, choć wzięło w nim udział wielu producentów, również z najwyższej półki. Finalnie okazało się, że tylko jedna marka spełnia warunki przetargu. Odpadła nawet tańsza od Skody Mazda bo… nie posiadała wymaganych poduszek powietrznych na kolana kierowcy. Jak zapewnia rzecznik ZUS-u, wszystko odbyło się zgodnie z prawem. I ma rację.

Postanowiłem sprawdzić w kilku branżach, jak naprawdę wyglądają przetargi. – Nie wiem, czy to jest w ogóle ciekawe – usłyszałem od pracownika firmy produkującej oprogramowanie. Jego zdaniem, ustawianie przetargów jest tak oczywiste, że tak naprawdę nie ma o czym mówić – To się odbywa niemal jawnie. Przychodzi do nas urzędnik z danej instytucji i przedstawia swoje oczekiwania finansowe, odnośnie zamówienia. Trzeba się tylko dogadać – mówi.

„Wycofajcie się. I tak nie wygracie”
Mój anonimowy rozmówca (będę go nazywał Marek) opowiedział mi, jak jego firma wygrała ustawiony przetarg. – Braliśmy udział w konkursach na stworzenie oprogramowania dla instytucji państwowych, zarówno tych ustawionych pod nas, jak i pod inne firmy. Kiedyś nawiązaliśmy bardzo dobry kontakt z przedstawicielem jednej z państwowych spółek paliwowych. Podpisaliśmy niejawny kontrakt, dzięki któremu zarobiliśmy my i on. Dzięki temu mieliśmy pewność, że wygramy przetarg, bo rozpisano go idealnie pod naszą firmę – mówi Marek.

Za drugim razem dotarła do nich dokumentacja w związku z przetargiem w GUS. Była bardzo złożona i zespół Marka poświecił kilka dni, aby ją przestudiować. – Okazało się, że możemy zejść z ceną nawet poniżej tego, co sugerowano. A wiadomo, że główną rolę w przetargach odgrywa cena. Okazało się, że są tylko dwie firmy, które przystąpiły do tego przetargu. My i jeszcze ktoś. Ta druga firma dała bardzo wysoką cenę, kilkukrotnie zawyżoną – słyszę od Marka.

Wydawało się, że wszystko pójdzie gładko, zwłaszcza, że przedstawiciele konkurencji nawet nie pojawili się na odczytaniu wyników przetargu. Byli przekonani, że nikt inny nie weźmie w nim udziału. Okazało się, że firma Marka wygrała. – Kilka dni później dostaliśmy od nich telefon. Nie wiadomo nawet skąd wzięli numer, bo to nie są jawne dane. Powiedzieli nam, że ten przetarg był zrobiony pod nich, a komponenty zawarte w zamówieniu robią tylko oni i nie mają zamiaru ich nikomu udostępniać. Usłyszeliśmy, że nie ma szans, abyśmy zrealizowali to zamówienie. Powiedzieli, że chcemy czy nie, to oni i tak przejmą ten przetarg – wspomina Marek.

Po tym telefonie Marek i jego współpracownicy jeszcze raz przyjrzeli się zamówieniu, które wygrali. – Faktycznie okazało się, że niektóre niuanse były tak sformułowane, że żadna inna firma prócz naszej konkurencji nie może tego zrobić, a co wcześniej przeoczyliśmy. Na szczęście mieliśmy 14 dni aby odstąpić od umowy, a ta druga firma wskoczyła na nasze miejsce – wspomina mój rozmówca.

Kontrakt kosztował ostatecznie kilkaset tysięcy złotych. Firma Marka była gotowa wykonać tę samą usługę osiem razy taniej. Mój rozmówca podejrzewa, że to i tak był tylko jeden z serii kontraktów. Budowę tego typu rozwiązań rozkłada się na kilka etapów. Również dlatego, że przy mniejszych kwotach łatwiej ukryć ewentualne przekręty.

Jazda po hotelowej bandzie
Aleksandra pracuje od wielu lat w branży HoReCa i zajmuje się głównie hotelami. W tych zaś bardzo często organizuje się konferencje i wyjazdy dla urzędników. Jak mówi, zanim państwowa instytucja ogłosi przetarg, najczęściej ktoś odwiedza wcześniej hotel, którym instytucja jest zainteresowana. Poznaje standardy oraz ceny i jeśli zdecyduje się na zrobienie konferencji w danym miejscu, ogłaszają „odpowiedni” przetarg.

– Nie może być tak, że w konkursie bierze udział jeden hotel, bo to byłoby pójście „po bandzie”. Ale robi się tak, że ustala się maksymalną odległość hotelu od centrum Warszawy i na przykład, że musi posiadać miejsce na grilla. Wtedy odpadają wszystkie obiekty miejskie – mówi Aleksandra.

Następnie, wysyłane jest zapytanie o cenę do konkurencyjnego hotelu, lecz bez „spoufalania się” jak w przypadku wybranego wcześniej hotelu. Chodzi o to, aby się zorientować, jakie mają ceny. Jeśli są wyższe, to wysyła się do nich zapytanie ofertowe, bo wiadomo, że odpadną. Przy czym nie porównuje się całościowego kosztu, tylko na przykład ceny za łóżko i posiłek, a wszystkich innych kosztów już nie.

– Tak to konstruują, abyśmy my mieli nocleg w bardzo dobrej cenie, a cała reszta może być droga. Byle tylko tamci przegrali – mówi Aleksandra. Tak naprawdę zatem nie wygra najtańsza oferta, gdyż koszty dodatkowe bywają bardzo wysokie. – Ale to już nie jest tematem przetargu – mówi Aleksandra.

Czasem w wymogach wymyśla się nawet pozycje w menu, które zawierają nazwę konkretnego hotelu. – Wówczas na przykład tylko „Hotel Karczma” może zaoferować „Menu karczmiane”, a inny hotel raczej nie będzie miał u siebie takiego zestawu dań – słyszę od swojej rozmówczyni.

Zaporowe certyfikaty
Największe pieniądze, które można zarobić na udziale w przetargu dotyczą szeroko rozumianej branży budowlanej. Piotr zajmuje się zarządzaniem inwestycjami, czyli jest tzw. inwestorem zastępczym. Mówiąc wprost, jeśli jakaś firma lub instytucja państwowa finansowana z budżetu chce coś wybudować, ogłasza przetarg na kogoś, kto wykona wszystkie niezbędne czynności za nią. Jak mówi, jest kilka oczywistych i stosowanych na co dzień sposobów bezczelnej manipulacji procedurami przetargowymi.

– W Polsce w większości przypadków głównym kryterium w postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego jest cena. Można natomiast stosować kryteria odnoszące się do jakości. Z racji tego, że ustawodawca nie określił zbyt precyzyjnie czym jest owa jakość, można sobie wybrać wiele różnych rzeczy. Łatwym sposobem jest ocenianie jakościowe „metodologii zarządzania kontraktami”. Wtedy cena stanowi 40 proc. wagi ogólnej, a 60 proc. stanowi ocena za wzmiankowaną metodologię. Przegrywam przetarg, mimo iż jesteśmy dużo bardziej konkurencyjni cenowo. To właśnie za metodologię dostaje się mniej punktów i w sumie wychodzi na to, że moja ogólna liczba punktów jest niższa od droższej konkurencji – mówi Piotr. I dodaje, że to zdarza się notorycznie, choć ma referencje do budowania prawie wszystkiego, poza autostradami, od których „trzyma się z daleka”.

Kolejnym sposobem jest wymaganie w trakcie przetargów certyfikatów, wydawanych przez prywatne firmy lub instytucje. – To nie są żadne normy państwowe, tylko po prostu jakaś firma certyfikuje dany obiekt budowlany, który zbudowałeś. Certyfikat zostaje wystawiony przez prywatną firmę dla obiektu inwestora, ale w odniesieniu do całego rynku budowlanego takie certyfikowanie stanowi jedynie promil w morzu inwestycji. Zaawansowane technologicznie budowle nie różnią się od siebie zbytnio. Tyle tylko, że jedne mają certyfikat, a inne nie – wyjaśnia mój rozmówca.

Manipulacji dokonuje się również w odniesieniu do personelu. Tutaj także wymaga się, aby do realizacji usługi wykonawca dysponował osobą posiadającą certyfikat wydany przez konkretną firmę. – Nie ma znaczenia, że mam w firmie człowieka, który wykonał wiele podobnych obiektów z rozwiązaniami technicznymi o zbliżonych parametrach. W tym przypadku wykonałby to tak samo dobrze, ale… nie ma danego certyfikatu – mówi Piotr.

Trzecią sprawą, która pozwala manipulować przetargiem, jest żądanie doświadczenia w wybudowaniu obiektu, których w Polsce jest nie więcej niż dwa. Wymaga się doświadczenia w wybudowaniu niemal identycznego stadionu, jak ten który ma dopiero powstać.

– Firma musi wykazać doświadczenie w budowie konstrukcji, w której zastosowano beton o bardzo szczegółowych, konkretnych parametrach. Taki konkretny beton był wykonany w dwóch, trzech inwestycjach, więc ilość wykonawców drastycznie spada. Jeśli te same wymagania zastosuje się jednocześnie do personelu, okazuje się że mało jest firm, które wykonały coś takiego i jednocześnie dysponują ogromnym zespołem ludzi akurat w tym mieście. Chodzi o to, aby zminimalizować ryzyko pojawienia się niepożądanych konkurentów – mówi Piotr.

„Nie chcem, ale muszem”
Wszystkie państwowe przetargi na oprogramowanie, w których brał udział Marek były ustawione. Czasem pod ich firmę, czasem pod konkurencję. – Musiała zarobić strona „urzędnicza”, albo firma, z którą ktoś był związany i chciał wyprowadzić państwowe pieniądze – mówi Marek.

Jak wyjaśnia Aleksandra, ustawianie przetargów przeszło w Polsce do porządku dziennego. Jej zdaniem jednak jest to pokłosie tego, że jedynym lub kluczowym kryterium wyboru jest cena. Z tego powodu, w niektórych przypadkach ustawienie przetargu jest jedynym możliwym rozwiązaniem.

– Czasem, gdy robiłam zupełnie uczciwe przetargi na usługę hotelarską, bo i takie przypadki się zdarzają, to między jednym hotelem czterogwiazdkowym a drugim, potrafiła być prawdziwa przepaść. W momencie, gdy robisz przetarg dla ministerstwa i przyjmujesz ambasadorów obcych krajów, to nie możesz podać im gulaszu z makaronem. To znaczy możesz, ale pytanie, czy na pewno chcesz – stwierdza moja rozmówczyni.

Czy zatem Marek miał rację pytając mnie, czy w tym co mówi jest cokolwiek ciekawego? I tak, i nie. Bo jeśli uznamy, że patologia uznana za normę stała się codziennością, to faktycznie nie ma tematu. Jeśli jednak nazwiemy rzeczy po imieniu i przyznamy, że przetargi w Polsce to kpina w biały dzień, być może ktoś wreszcie zwróci uwagę na teatrzyk, który odgrywamy sami przed sobą.

źródło: NaTemat

Komentarze

komentarzy