władza

Trzecie piętro władzy

Fundamentalny esej spekulujący o rzeczywistej strukturze władzy na świecie. Napisałem go kilka lat temu, tu aktualizuję niektóre szczegóły.

Ogromna większość ludzi, nie tylko w Polsce, jest przekonana, że najlepszym politycznym ustrojem w dotychczasowej historii świata jest demokracja typu zachodniego, a zwłaszcza jej model amerykański (okręgi jednomandatowe, system dwupartyjny, bezpośrednie wybory prezydenta itp.). Model ten jest przez większość mediów polskojęzycznych, a także przez produkcję hollywoodzką i tzw. głos salonów lansowany jako doskonały i docelowo nieunikniony także w warunkach Polski. Takie bliskie uwielbienia przeświadczenie właściwie wyklucza spojrzenie krytyczne. A jednak bliższe porównanie praktyki z teorią ujawnia, że mamy tu do czynienia nie tylko z kolejną utopią, ale właściwie z zakrojoną na szeroką skalę mistyfikacją.

Najpierw trzeba jednak uczciwie zauważyć, że demokracja zachodnia ma wiele zalet. Wiedzą o nich wszyscy, ale nie nimi będziemy tu się zajmować. Trzeba raczej przyjrzeć się jej wadom, bo to one są zagrożeniem i to zagrożeniem właściwie dyskwalifikującym. Najważniejszą i podstawową wśród tych wad jest to, że demokracja zachodnia dała się zaadoptować jako podstawowe narzędzie władzy światowej oligarchii i jej agend, i to do tego stopnia, że coraz bardziej, dziś już prawie wyłącznie, służy tej oligarchii, a coraz mniej, właściwie prawie wcale, nie służy społeczeństwom i narodom. A już zupełną bajką jest to, że służy pokojowi, sprawiedliwości, przyjaźni między narodami, rozwojowi społecznemu, powszechnej oświacie, poprawie warunków bytu itp. To się może, oczywiście, tu i ówdzie zdarzyć, ale tylko tam i tylko wtedy, gdzie akurat jest to na rękę i po linii interesów wspomnianej oligarchii.

Orientację ogólu społeczeństwa co do prawdziwej struktury władzy można by porównać do świadomości widowni kinowej po obejrzeniu filmu. Gdyby przy wyjściu z kina zrobić wszystkim prościutki test 4-5 pytań okazałoby się, że najwięcej osób wyniosło z filmu to, że bohaterowie mieli na imię John i Mary, oraz że bardzo się kochali. Z pewnością mniejszy odsetek widzów umiałby podać prawdziwe nazwiska aktorów, którzy grali role Johna i Mary, jeszcze mniej osób umiałoby powiedzieć, kto był reżyserem filmu lub autorem scenariusza, a już zupełnie nieliczne osoby wiedziałyby, kto ów film zamówił i sfinansował. Oznacza to, że wiedza typowego widza o twórcach jakiegoś filmu jest odwrotnie proporcjonalna do wagi i kolejności, jaką rzeczywiście odgrywają oni w jego powstaniu. Bardzo podobnie jest ze świadomością przeciętnego obywatela co do władzy politycznej, albo jeszcze dokładniej: władzy decydującej o biegu spraw publicznych.

Niewielu ludzi, nawet spośród formalnie dobrze wykształconych, zdaje sobie sprawę z faktu, że współczesna demokracja typu zachodniego jest ustrojem wielopoziomowym. Najprościej mówiąc system ten składa się z jawnej władzy i niejawnej nadwładzy, czyli metawładzy. Aby ułatwić rozumienie ewolucji i struktury tego systemu oraz podkreślić nieostrość przejść i relacji, pozwoliłem sobie wprowadzić między nimi jeszcze jeden poziom pośredni. Omówię tu zatem trzy poziomy: (I) klasę polityczną; (II) poziom nadwładzy instytucyjnej (za chwilę wyjaśnię o co chodzi); i (III) metawładzę.

Ogół ludzi widzi i ma dostrzegać tylko to, co mu pokazują media. W odniesieniu do ustroju jest to zazwyczaj tylko ten pierwszy poziom polityki. To tutaj politycy i kandydaci na polityków, manipulatorzy i kompradorzy, działacze i krzykacze, cynicy i oszołomy, a czasem nawet ludzie uczciwi albo pełni dobrej woli, szarpią się i miotają, często pełni żaru albo frustracji, starając się robić wrażenie jakby to od nich miało zależeć wszystko, co się dalej będzie działo. To tutaj funkcjonują mówcy, wybitni demagodzy, którzy wszystko potrafią uzasadnić i uprawdopodobnić, oraz krytykanci, którzy wszystko potrafią skrytykować, oplwać i podważyć. Ten pierwszy poziom jest poziomem na pokaz, służy do demonstrowania go społeczeństwu i absorbowania jego uwagi, a także do propagowania systemu demokratycznego oraz korygowania jego drobniejszych wad. W odróżnieniu od większości zwolenników teorii spiskowej (do których sam się także bezwstydnie zaliczam) sądzę zresztą, że ten poziom władzy jest wyłaniany demokratycznie, wybory są na ogół uczciwe i głosy liczone prawidłowo. Dlaczego tak sądzę? Bo nie tu jest istota zawłaszczenia władzy. Poziom ten, tzw. klasa polityczna, jej didaskalia, parafernalia i frędzle – czyli wybory, kampanie, debaty, skandale, kadencje itp. – jest przeznaczony do tego, aby zaspokajał przeświadczenie o jawności gry politycznej i potrzebę oraz możliwość wywierania na nią wpływu przez ogół obywateli i każdego z nas z osobna. To ten poziom jest poddawany ocenie i krytyce, weryfikowany w wyborach, omawiany i pilnowany w mediach, aż po kontrolę życia osobistego polityków z zaglądaniem do ich łóżka włącznie.

Problem polega jednak na tym, że spośród trzech wymienionych szczebli, ten poziom w najmniejszym stopniu kształtuje prawdziwy bieg spraw publicznych. Jest podobny do guzików na skrzyżowaniu ulic w wielkim mieście, które naciskamy sądząc, że mamy wpływ na tempo zmiany świateł w ruchu ulicznym, ale przecież na ogół służą one raczej tylko temu, by rozładować naszą frustrację i pozornie skrócić czas czekania za krawężnikiem. Światła zmieniają się według własnego, zaprogramowanego algorytmu. Każdy, kto obserwuje codzienne życie, ten wie, że nawet w sferze widzialnej rzeczywista władza już dawno przeniosła się na wyższy, tzn. na ten II poziom, który nazywam tu instytucjonalnym, a na którym rządzą banki, media, sądy, organizacje pozarządowe i instytucje międzynarodowe, ba! nawet agencje ratingowe albo mafie, ale już nie partie polityczne, dekrety ministrów i głosowania w parlamencie. Jakie to ma znaczenie? Ano takie, że władza na tym II poziomie nie jest już demokratyczna i nie pochodzi z wyborów. Tam są już tylko elity, których ogół obywateli nie wybiera: rady nadzorcze i zarządy banków, kolegia redakcyjne w mediach, palestry i składy orzekające sądów, komitety sterujące w organizacjach. Owszem, zachowuje się jeszcze publiczne pozory wolnej gry, a czasem i otwartości decyzji, tzw. transparencji, ale nikt nie ma już wątpliwości, że poruszamy się w wąskim i zamkniętym kręgu decyzyjnym określonych z góry interesów, gdzie rządzi własność i wola nielicznych, a nie w obszarze pod kontrolą, choćby tylko formalną, szerokiego ogółu. Również publiczna wiedza na temat tego, co dzieje się we wnętrzu banków, redakcji lub sądów jest nieporównanie mniejsza niż wiedza na temat klasy politycznej i jej przedstawicieli. Na ogół dowiemy się prędzej i dokładniej, kto z kim i ile razy spał w hotelu poselskim, niż kto, w czyim imieniu i po co wykupuje udziały w jakiejś firmie, nawet giełdowej. Jest to również wiedza dużo trudniejsza do uzyskania z zewnątrz. Każdy jednak, kto bliżej zetknął się osobiście z funkcjonowaniem rad nadzorczych, kolegiów i zarządów współczesnych wielkich firm musiał być przynajmniej na początku zdumiony stwierdziwszy, że lwią część czasu, a zwłaszcza uwagi poświęcanej przez te gremia, i to niezależnie od rodzaju ich działalności, zajmują im sprawy samej kadry decydenckiej i udziałów własnościowych, a wcale nie kwestie ich merytorycznej działalności, stosowanej technologii, lub choćby nawet np. sprawozdań finansowych. To dowodzi, co liczy się tam najbardziej i naprawdę.

O uprzywilejowaniu i wszechwładzy banków mówi się i pisze od dawna, ale zjawisko spokojnie wciąż się tylko pogłębia. Każdy z nas, kto musi z nich korzystać, musiał już także zauważyć, że niemal z roku na rok banki zabierają nam coraz więcej czasu, uwagi i opłat. Pod hasłem m.in. walki z korupcją prawo umacnia też władzę i przywileje banków i napędza im klientów nakazując, aby wszystkie transakcje pieniężne były prowadzone za ich pośrednictwem (za co banki liczą sobie opłaty operacyjne). Przymus bankowy dotyczy nawet płac pracowników najemnych, które w praktyce przelewa się już tylko na konta bankowe, a nie wypłaca komukolwiek do ręki, co zaczyna już być przestępstwem. Efekty widać gołym okiem: na każdym rogu co ważniejszej ulicy puszy się oddział jakiegoś banku, a instytucje tego typu, które nie sieją, ani nie orzą, i pierwotnie zostały powołane tylko do służebnej roli przechowywania pieniędzy i ułatwiania ich obrotu, wyrosły na istne świątynie bogactwa i centra gospodarczych decyzji. Wybrani politycy mogą mieć nawet najlepsze chęci, ale to przecież rada banku, który może udzielić kredytu albo nie, decyduje o realności nawet najważniejszych planów. Bank może zniszczyć jedną instytucję np. decydując się wcześniej na radykalną procedurę windykacyjną, a wesprzeć drugą np. organizując wraz z innymi bankami konsorcjum dla jej dalszego wsparcia w razie kłopotów. Co więcej, należy także zauważyć, że banki i instytucje finansowe (np. towarzystwa ubezpieczeniowe) są jednym z obszarów, które też same bodaj najszybciej ulegają dalszej konsolidacji i koncentracji kapitału, a także służą koncentracji kapitału i pogłębianiu nierówności majątkowej zarówno jednostek jak i firm. To łatwo zauważyć: im bogatszy klient tym więcej ma przywilejów, tym mniejsze ponosi opłaty (procentowo), tym łatwiejszy ma dostęp do kredytu, tym wyższe uzyskuje oprocentowanie, a nawet tym korzystniejszy kurs przy wymianie walut. Można cynicznie powiedzieć, że banki realizują zasadę przewidzianą w Biblii: „Ten kto ma, temu będzie dodane i nadmiar mieć będzie, a temu kto wiele nie ma, nawet i to, co ma, będzie mu zabrane” (Mat. 13, 12). Osobną kwestią jest pozycja banku emisyjnego i kwestia suwerenności polityki pieniężnej państwa, ale tych spraw omawiał tu nie będę, choć akurat to jest największym i strategicznym skandalem w sferze finansów i z pewnością zasługuje na osobny esej oraz dyskusję.

Przykładów uprzywilejowania banków jest wiele, a do najlepszych należą kryzysy finansowe. W 1996 roku Bruksela nakazała upadek i likwidację Stoczni Gdańskiej, argumentując że skorzystała ona z „niedozwolonej pomocy publicznej” ze strony państwa. To, że stocznia miała pełne i należyte wyposażenie, świetną i doświadczoną kadrę, długą listę zamówień, itp. nie stanowiło żadnego argumentu. Musiała upaść i bardzo konsekwentnie to na nas wymuszono. Kiedy jednak w dwa lata później w Zachodniej Europie zachwiały się banki i trzeba było je ratować o wiele większymi sumami pieniędzy z kieszeni podatników, argument o „niedozwolonej pomocy publicznej” już nie zadziałał. Banki, które stoją własnością i spekulacją, są ponad prawem, które dotyczy przemysłu i wytwórczych gałęzi gospodarki, które opierają się na pracy. Mamy w tym przykładzie jak na dłoni istotę współczesnego kapitalizmu: prymat własności nad pracą i spekulacji nad oszczędzaniem.

Innym rodzajem instytucji, do których przeniosła się realna nadwładza polityczna są media. Dziś to media i ich decydenci są w stanie wpływać na opinię publiczną i sterować nią w dowolnym kierunku: z jednych ludzi zrobić „moralne autorytety”, a z drugich „sprzedajne kanalie”. O tym, że media o wiele bardziej manipulują niż informują wie bodaj każdy, ale najlepiej ten, kto się z nimi zetknął od wewnątrz. Każdy też, kto bliżej zetknął się z politykami wie, jak śmiertelnie boją się oni mediów, jak o nie zabiegają i jak się z nimi liczą. Właściwie to media są dziś prawdziwym panem sceny politycznej: to one decydują, kiedy uderzyć i utopić, a kiedy wydobyć i osłonić poszczegolne partie, osoby lub firmy. O firmach wspominam tu dlatego, że zapewne każdy z nas zetknął się już ze zjawiskiem tzw. PR (wymawiane jako „pi-ar”). Dziś każda licząca się firma musi mieć suto opłacany dział zatrudniający specjalistów od public relations (to właśnie oznacza skrór PR) i wszelkimi sposobami umieć zabiegać o dobre słowo i łaskę mediów. Media dyktują ludziom nie tylko to, jak myśleć, ale przede wszystkim o czym myśleć, i co, w jakiej kolejności uważać za ważne. To oznacza, że media konstruują ludziom świadomość i niemal w całości potem same ją wypełniają. O nadwładzy mediów, które de facto programują i wygrywają wybory, kampanie i sprawy wiedzą już dziś właściwie wszyscy. Mówiąc o mediach mam na myśli w szczególności telewizję, bardziej niż tradycyjną prasę, ale w coraz większym stopniu także internet, który rządzi się osobnymi, bardzo wyrafinowanymi prawami i ma szybko rosnącą skuteczność manipulacyjną.

Bardzo szybko na całym świecie, a zwłaszcza w tzw. dojrzałych demokracjach, np. w USA, rośnie także rola i nadwładza sądów, a wraz z nimi i popełniane przez sądy nadużycia władzy. Tego się jeszcze często nie dostrzega, ale to przecież sądy coraz silniej decydują o kierunkach i strategii w polityce, gospodarce, kulturze itp. Ten sam brytyjski sąd może odrzucić wniosek o ekstradycję i zadecydować, iż np. Wolińska nie mogła być wydana do Polski za swe czyny, ale Irving musiał pozostać w austriackim więzieniu za swe słowa. To przecież sąd zadecydował, iż ostatecznie wybory w USA (na Florydzie) wygrał po raz drugi G.W. Bush. To sądy postanowiły, że w swoim czasie partie islamskie w Turcji lub w Algierii, już po wygraniu wyborów, których przebiegu i legalności nikt nie kwestionował, zostały zdelegalizowane, zamiast dopuszczone do władzy. Z nadwładzą sądów i destruktywnym, arbitralnym wyrokiem muszą liczyć się nawet największe firmy. Sąd może jednym wyrokiem zniszczyć np. potężny koncern tytoniowy każąc wypłacić odszkodowanie w wysokości 2 mld dolarów (!) rodzinie palacza, który zmarł na raka płuc, bo jakoby nic nie wiedział o szkodliwości palenia (był to rzeczywisty przypadek z USA!). Nie bronię tu akurat tytoniu, sam nigdy nie paliłem i cieszę się z tego, że ludzie coraz mniej palą, ale taki wyrok jest przecież jawnym i skrajnym absurdem pokazującym skalę samowoli, jakiej może dopuścić się sąd w majestacie prawa.

Osobną odmianą tego zjawiska jest rosnąca nadwładza urzędów skarbowych, które również mają nad firmami i osobami władzę arbitralną i nierzadko porównywalną do sądów, a często o jeszcze trudniejszej procedurze odwoławczej. Dodatkowo warto przy tym zauważyć, że i tu znów najszczelniej pilnowane są firmy produkcyjne i osoby żyjące z pracy. Im wyższy jest stopień spekulacji uprawianej przez osobę lub firmę, tym mniejsza jest możliwość interwencji, zwłaszcza skutecznej, ze strony sądów i fiskusa. Jest to zresztą stare prawo natury: najchętniej ściga się tego, kto najwolniej ucieka.

No i wreszcie organizacje pozarządowe, zwłaszcza międzynarodowe, określane angielskim skrótem NGO (non governmental organisations). W ich przypadku polityczne uwikłanie po określonej stronie jest zwykle dużo bardziej widoczne, ale mimo to nadal mają one spore, a nawet rosnące wpływy i polityczna poprawność nakazuje liczyć się z ich rzekomo obiektywnymi orzeczeniami. I w ten sposób to właśnie organizacje pozarządowe jak np. OBWE zdecydowały o tym, że wybory w Gruzji jakoby po raz drugi uczciwie wygrał Saakaszwili, mimo iż wszystkie sondaże wewnętrzne (gruzińskie) dawały dwukrotną przewagę jego konkurentowi. To organizacje ponadnarodowe orzekały, że np. Chavez, Łukaszenka, Ahmadineżad albo Mugabe to okropni dyktatorzy, których trzeba było obalić (i nawet organizowały stosowną nagonkę), ale np. Muszarraf, Museveni albo emir Kuwejtu to fajni goście, rozmiłowani w demokracji, których trzeba popierać, przynajmniej jeszcze do niedawna. Że spałowanie protestujących mnichów w Tybecie przez chińską policję to straszna zbrodnia, wymagająca masowych demonstracji na całym świecie, ale strzelanie do palestyńskich dzieci przez wojsko Izraela to dopuszczalne i całkiem częste „pomyłki” albo „straty uboczne” (ang. collateral damage) w ramach „światowej walki z terroryzmem”, o których nie należy nawet mówić albo pisać.

Do takich to instytucji – banków, mediów, sądów, organizacji pozarządowych itp. – przeniosła się dziś realna władza i rzeczywiste decyzje z poziomu I. Sama klasa polityczna pozostała w polu najmniejszego wpływu, już tylko jako atrapa demokracji, pozostawiona do wierzenia tym z nas, którzy sceny politycznej głębiej analizować nie chcą albo nie potrafią.

Ale przecież także i banki, sądy, media czy NGO nie decydują o strategii świata, one ją raczej tylko realizują. Największą i zasadniczą rolę w systemie odgrywa bowiem trzeci, najwyższy poziom, ogółowi zupełnie nieznany. Ludziom wmawia się, że go po prostu nie ma, że istnieje tylko w wyobraźni ludzi chorobliwie podejrzliwych, skłonnych do wietrzenia wszędzie konspiracji i wyznających tzw. spiskową teorię dziejów. Twierdzi się przy tym, że skłonność do dostrzegania warstwy niejawnej metawładzy wynika z intelektualnej niemożności poradzenia sobie z wyjaśnieniem jej złożoności już na pierwszym, widzialnym poziomie. W razie potrzeby można też przywołać poziom drugi, bardziej skomplikowany, gdzie – jak już powiedziałem – informacja jest o wiele mniej dostępna. Argumentowi takiemu ulegają najbardziej ludzie, którzy boją się, że to, co mogliby dostrzec myśląc samodzielnie nie spodoba się tym, których sami wcześniej uznali za swoje autorytety, których zdaniem zwykle się kierują, i u których szukają uznania. Ludzie niesamodzielni intelektualnie zazwyczaj boją się posądzenia o to, że – w wymiarze np. towarzyskim lub własnego środowiska zawodowego – mogliby nie spełnić kryteriów stawianych ludziom chcącym uchodzić za światłych i nowoczesnych (tu warto podkreślić rosnące znaczenie czynnika „bycia nowoczesnym”, cojest już w powszechnym odbiorze ważniejsze od bycia rozumnym). Taka obawa jest oczywiście doskonale uświadamiana przez specjalistów od sterowania socjotechnicznego i dokłada się wielu wysiłków, nie tylko medialnych, aby ludzie, przynajmniej ci aspirujący do kategorii elit II (tj. ponadgminnego) i III (tj. ponad-powiatowego) stopnia, stale – a więc i na całą nieokreśloną przyszłość – liczyli się z konsekwencjami swej ewentualnej „politycznej niepoprawności” oraz „braku nowoczesności” i poruszania się „niezgodnie z duchem czasu”.

Wróćmy jednak do tego III poziomu władzy. Skąd wiemy, że taki trzeci poziom w ogóle istnieje? Najuczciwiej byłoby stwierdzić, że właściwie wcale tego nie wiemy, a tylko możemy się go domyślać. Kiedy przychodząc rano do pracy zastajemy obluzowany zamek lub wybite okno, możemy się domyślać, że w nocy była próba włamania. Kiedy piętnastoletni syn zaczyna unikać z nami rozmów, wymyka się z domu i ma kłopoty w szkole których wcześniej nie było, możemy się domyślać, że dostał się w złe towarzystwo lub ma kontakt z narkotykami. Sądzimy po objawach i po skutkach. Podobnie jest i w tym przypadku. Ważna i bliska analogia istnieje zresztą i w świecie własności. Stragan, warsztat naprawczy, domek letni, krowa, samochód itp. mają najczęściej jasno określonego właściciela. Fabryka, szpital, szkoła, blok mieszkalny itp. są już pod tym względem trudniejsze do zdefiniowania. Największe firmy, banki, korporacje, spółki giełdowe, sieci handlowe itp. są coraz częściej tak anonimowe, że nawet ci, którzy w nich pracują nie potrafią precyzyjnie wskazać właściciela. Obowiązuje zasada: im większa wartość, tym trudniej rozpoznawalny jest jej właściciel. Nawet wtedy, gdy zidentyfikujemy jakiegoś wielkiego multimilionera, to i tak trudno jest nam (i komukolwiek innemu) wskazać czym on tak naprawdę rozporządza, włada i dysponuje.

Powracam teraz z tej analogii do głównego nurtu moich rozważań. Gdyby wszystko w sprawach metawładzy było jawne i zrozumiałe, to nasze podejrzenia kończyłyby się np. na kwestiach pieniądza i dość łatwo moglibyśmy zrozumieć, jakie jest źródło i motyw nacisków np. w sprawie prywatyzacji lub otwarcia rynków na import. Jednak przy pomocy odwoływania się do samej żądzy zysku dość trudno jest wyjaśnić, dlaczego z taką mocą promuje się np. prawa homoseksualistów, naciski w sprawie zniesienia kary śmierci, wprowadzenia ordynacji jednomandatowej i systemu dwupartyjnego, albo – w kwestii wojska – zamiany poboru na zaciąg. Jedno jest pewne: nie są to sprawy spontaniczne i zgłaszane oddolnie. Nie stanowią powszechnej, jawnej i pilnie odczuwanej potrzeby, a nawet raczej przeciwnie – bardzo często idą wbrew opinii i pod prąd woli ogółu. Ludzie, gdyby mieli sami demokratycznie decydować, z reguły wcale nie chcą, aby np. Breivików chroniono przed karą śmierci, albo żeby homoseksualistom przyznać prawo do adopcji dzieci. Każde referendum w tej sprawie byłoby jeszcze dzisiaj (przynajmniej mam taką nadzieję) wygrane przez ludzi normalnych a przegrane przez promotorów tych poglądów. Uwzględniając jednak siłę oraz zasięg, z jaką idee te są mimo to wpajane i wdrażane, wyraźnie można dostrzec stojące za nimi jakieś racje, które nie tylko głos ogółu sobie lekceważą, ale które układają się w pewien większy i bardzo znamienny program, o którym dziś jeszcze nie napiszę.

O ile pierwszy, ten najniższy poziom władzy jawnej jest zazwyczaj rzeczywiście domeną praktyki demokracji – należy np. uznać, że liczenie głosów w wyborach jest na ogół uczciwe, czego o wielu dyktaturach nie da się powiedzieć – to już drugi poziom nadwładzy jest pochodną struktury własności i wynikiem nominacji. Pociotek albo kochanka właściciela ma więcej szans na synekurę w radzie nadzorczej jego firmy niż najemny fachowiec i ogół spoza firmy nie ma nawet prawa oceniac tego jako niesprawiedliwości. Już o tym napisałem. Natomiast ten trzeci, najwyższy poziom jest już absolutnie autorytarny: nikt go nie wybiera, nikt go nie kontroluje i nie koryguje. Przed nikim nie odpowiada, ani z nikim się nie konsultuje. Tu trzeba zresztą powiedzieć, że ten najwyższy poziom właściwie wcale nie rządzi, a tylko – ujmując cały problem z właściwym dla tej rzeczy cynizmem – popiera lub nie popiera oficjalnie rządzących. To jednak w zupełności wystarcza, aby faktycznie decydować o wszystkim, bez tego bowiem poparcia żaden rząd nie powstanie, a jeśli nawet powstanie, to się nie utrzyma. Tu poszukiwałbym odpowiedzi na pytanie, dlaczego niektóre rządy, także w Polsce, dają się wciągać w grę, która od początku niesie w sobie ryzyko popełnienia politycznego samobójstwa. Taka byłą np. decyzja PiS o rozpisaniu wcześniejszych wyborów parlamentarnych w 2007 roku, dla wykonania zadania wyzerowania Samoobrony i LPR.

Swoją trwałość, pewność siebie i bezpieczeństwo metawładza opiera na ściśle sobie podległych, a społeczeństwu nieznanych strukturach i agendach, których przed nikim rozliczać nie musi. To z tego wyższego, jakby strategicznego poziomu rządzi się wielkimi finansami, ideami i mediami, a także zarządza tysiącami organizacji, w tym międzynarodowych i pozarządowych, często także niejawnych. To tam generuje się strategiczne kampanie i pomysły, promocje i nagonki, ukierunkowuje działania fundacji, stypendiów, dociekań, nagród (w tym np. Nobla), badań i publikacji. To tam inspiruje się strategie i kierunki politycznej poprawności i strategiczne kryteria oraz kierunki np. rozwoju teorii etycznych i filozoficznych, trendów kulturowych oraz tzw. Zeitgeist („ducha czasu”). To tam powstają zupełnie nieuzgadniane z ogółem ludzi decyzje, aby np. lansować legalizację narkotyków, promować pornografię, homoseksualizm, rozwody, aborcję i eutanazję, ścigać i surowo karać tych, którzy wypowiadają się krytycznie nt. niektórych szczegółów Holokaustu itd. Poziom ten nie jest oddolnie wybierany ani oceniany, nie odpowiada przed wyborcami, ani przed opinią publiczną. Ponieważ w świadomości przeciętnego człowieka, poziom ten w ogóle nawet nie istnieje, logicznym jest zatem, że i odpowiadać nie może, ba, nikt takiego wymagania mu nie stawia i samej kwestii nie podnosi.

Właściwie jest jeszcze gorzej. Sprawy, którymi ów poziom się zajmuje, a więc wspomniane tu strategie rozwoju etyki, filozofii, kultury, ekologii, demografii, myśli politycznej itp. w świadomości ogółu zakodowane zostały jako mniej ważne niż np. ekonomia i dopóki nie widać ich bezpośredniego wpływu np. na ceny, płace, podatki, kredyty itp., ludzie – zwłaszcza ci, którzy samych siebie uważają za trzeźwych i inteligentnych realistów twardo stąpających po ziemi – są skłonni sądzić, że mogą to być tylko nieistotne i niegroźne zabawy jajogłowych teoretyków. W dużej mierze jest to efekt celowego a nieodczuwalnego kodowania. Już dawno bowiem zauważono, że ludzie przeceniają hardware, a nie doceniają software’u, a także to, że każdy mierzy świat tylko własną miarą. A nic lepiej nie maskuje metawładzy i jej celów, niż bardzo popularne choć głęboko fałszywe przekonanie wylansowane u nas kiedyś bodaj przez Korwina: „Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze”. Pieniądze to zazwyczaj jedyna rzecz, którą ogół rozumie i uznaje za ważną, sądząc, że cały świat kieruje się tym jednym i wyłącznym motywem. Jest to jednak podstawowy błąd, który już dawno zauważono w angielskim porzekadle: „Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, bo je mają”. Jest bowiem konieczne, aby sobie uświadomić, że to nie pieniądz tworzy władzę, tylko odwrotnie: to władza (ta prawdziwa) tworzy pieniądz i kieruje jego przepływami.

Metawładza jest z takiej nieświadomości ogółu bardzo zadowolona, bo to tworzy prawidłową, a pożądaną zasłonę dla jej istnienia i działań. Niczym w prawosławnej cerkwi, gdzie zewnętrzna dramaturgia, przeznaczona dla oczu wiernych, pełna ceremonialnego uroku i gestów odbywa się przed ikonostasem, ale ta najważniejsza część liturgii, w Kościele katolickim nazywana przeistoczeniem, jest już dla oczu profanów niedostępna i ma miejsce tylko po drugiej stronie „carskich wrót”. Za strategiczne sznurki pociąga się tylko tam, na najwyższym poziomie, gdzie decyduje się o kreowaniu i przepływach pieniędzy (bo prawdziwa władza polega także na kreowaniu pieniądza, a tego rządom państw już dziś nie wolno), gdzie znajduje się wspólny mózg organizacji i układów, gdzie pilnuje się, aby do szczebli decyzyjnych docierali najbardziej pożądani ludzie z klucza i aby ich decyzje trzymały się strategicznej linii megapolityki, np. demontażu państw narodowych, zmniejszaniu ogólnej liczby ludności a tym samym i redukcji obciążenia środowiska naturalnego, utrwalaniu się określonych mitów (np. o wyjątkowości Holokaustu, o krwiożerczej szkodliwości islamu, o immanentnej głupocie chrześcijaństwa, o wrodzonej genialności Żydów, itp.) i trendów kulturowych (np. praw dla homoseksualistów, praw dla zwierząt itp.).

Na poziomie I większość, jeśli nie wszyscy politycy są przeznaczeni do wypalenia się, do wyczerpania i zużycia, do wzięcia na siebie odpowiedzialności i poniesienia konsekwencji, a w najlepszym razie do przejścia w stan spoczynku i pisania epizodycznych pamiętników. Niewiele się pomylimy, jeśli przyjmiemy, że mamy tu do czynienia z rodzajem przedstawienia parodiującego demokrację na wielką i powtarzaną na wielu scenach skalę. Wielu polityków robi zresztą nieodparte wrażenie małp w cyrku albo bezwolnych drewnianych kukieł, które odklepują wyuczone role i wykonują znane, albo tylko odgadywane instrukcje swych niejawnych mocodawców. Kiedy pojawiają się przed kamerami, prawie zawsze wiadomo, co na jaki temat powiedzą, kogo zaatakują, a komu będą schlebiać.

Powstaje pytanie: Czy omówiona tu klasa polityczna, ta widzialna, ma świadomość odgrywania swej tylko trzeciorzędnej roli? Najogólniej biorąc, chyba nie. Jest bowiem zupełnie logiczne, że metawładza nie ma interesu w tym, aby każda podrzędna poślina, senatorzyna, ministerzyna albo nawet ferująca „niezawisłe” wyroki sędzina (nie chodzi mi tu o płeć) wiedziała, kto naprawdę wszystkim rządzi, gdzie jest jego/jej rzeczywiste miejsce i ile jemu/jej naprawdę wolno. To by oznaczało bowiem nieszczelność systemu i psuło efekt wielkiej mistyfikacji. Posłom, ministrom itp. musi się wydawać, że mają rzeczywistą władzę, albo przynajmniej, że w niej uczestniczą, podobnie jak człowiekowi, który pierwszy raz w życiu leci samolotem wydaje się, że jest jakoś ważniejszy od tych, którzy pozostali na ziemi. Kadencyjność i pośpiech nie pozwala na refleksję i większość nie zdąża do takich wniosków nawet dotrzeć zanim ich pięć minut się skończy. Dopiero ci, którzy już się naprawdę o taką władzę otarli, odpowiednio długo i na odpowiednim poziomie, a zwłaszcza najbardziej inteligentni z nich, wiedzą jak w rzeczywistości jest ona iluzoryczna, jałowa decyzyjnie i zależna od kaprysu z niewidzialnej góry. Niektórzy z nich odkrywają to dopiero po zejściu ze sceny, po dłuższej refleksji i analizie tego, z czym się u tzw. koryta zetknęli. Ślady takie dość często można spotkać w pamiętnikach starych polityków i osób publicznych. Ci, którzy bezpośrednio otarli się o postacie z polityki i mieli możność szczerego z nimi dialogu mogli usłyszeć jak niewiele, nawet będąc na górze, w istocie da się realnie zrobić. Często i to jednak wielu byłym uczestnikom gry nie wystarcza, aby zrozumieć, co tam się naprawdę dzieje i na czym ten mechanizm polega. Większość z nich prawdopodobnie do końca pozostaje w niewiedzy, z wiekiem coraz bardziej celebrują własną próżność, a ci którzy potem się z nimi stykają są często zdumieni widząc, jak mali są to w istocie ludzie i jak zupełnie niczego nie rozumieją. To chyba o tym zjawisku pisał przed wiekami Oxenhanna, wszechwładny szwedzki kanclerz z czasów króla Karola (tego od Potopu!), w liście do swego syna: „Nesciis, mi filii, quintissima sapientia mundus regitur” (Nawet nie wiesz, synku, jak niewielką mądrością rządzony jest ten świat). Z tej ogolnej niewiedzy i nieświadomości większości polityków i statystów politycznych metawładza ma też i taką korzyść, że przekłada się ona na podobną, albo jeszcze większą ignorancję ogółu, który takich swoich przedstawicieli ogląda w TV lub słucha w radio, o których czyta w gazetach i plotkuje u cioci na imieninach, sądząc, że w ten sposób wnika w prawdziwe szczegóły polityki. Ktoś tam się znowu nakradł albo upił, ktoś inny ma kurwiki w oczach, jeszcze inny poleciał do Madrytu lub wulgarnie bluzgał przy restauracyjnym stoliku – i ogół ma podstawy by sądzić, że ogląda rzeczywistą „klasę panującą” przy swych prawdziwych zajęciach, co jakoby bezstronnie wszem i wobec pokazują „uczciwe i rzetelne” media.

Na najwyższym piętrze metawładzy, w rzeczywistych układach rządzących, panują jednak inne zasady. Ci, którzy naprawdę rządzą, są jako niewidzialni królowie, którzy wcale nie kokietują swych poddanych, bo nie muszą. Ta wyższa, oligarchiczna struktura jest trwała, nie podlega takim konwulsjom i bulwersacjom, jak ta jawna i pokazowa. Jest bezpieczna od wybuchu rewolucji, niezadowolenia, demonstracji i wojen, głównie zresztą dlatego, że zwykle sama je wywołuje oraz kontroluje ich przebieg, terminy, natężenie, a zwłaszcza cele. Jej bezpieczeństwo polega na tym, że nie dosięga jej – no, przynajmniej rzadko i raczej akcydentalnie – odpowiedzialność przed rządzonymi masami. Tak, jak powiadało stare rosyjskie przysłowie: „Nienawiść ludu rzadko dosięga cara, bo od tego ma po drodze wielu czynowników”. Oszczędzona jest więc tej władzy pierwsza i podstawowa zmora demokracji, jaką jest obieralność, kadencyjność i zmienność parlamentów, gabinetów i ekip. Bo przecież logicznie biorąc zjawisko to powinno prowadzić już na pierwszym poziomie władzy jawnej do zmienności polityki, linii politycznej, ale jak widać, prawie nigdy nie prowadzi. W praktyce politycznej demokracji typu zachodniego nigdy takich strategicznych zmian nie obserwujemy, poza zmianami na poziomie taktycznym i to głównie o skali kosmetycznej. Przeciętny wyborca np. brytyjski ma do wyboru dwie tradycyjne partie – labourzystów i torysów – które oficjalnie reprezentują niby-lewicę i niby-prawicę, ale de facto jest w sytuacji słynnego klienta Forda, który mógł sobie wybrać samochód w dowolnym kolorze, byleby był to kolor czarny. Trudno się potem dziwić, że w Wielkiej Brytanii do wyborów chodzi już tylko co czwarty uprawniony (ostatnio 29%). Podobnie jest w wielu innych krajach.

Przykłady zupełnej jednorodności i stabilności linii politycznej bez względu na to, kto wygrywa wybory widzimy właściwie wszędzie. Również w Polsce zmieniają się parlamenty i rządy, prawica zmaga się z lewicą, raz na górze są jedni, raz drudzy, ale zasadnicza polityka państwa nie zmienia się ani na centymetr. Był PiS, teraz jest PO – co się praktycznie zmieniło w życiu kogokolwiek z nas? Nic. Politycy się zmieniają, ale polityka nie. Jej główne priorytety – sojusz z Zachodem, stała integracja z NATO i UE, kokietowanie żydostwa, walenie w Rosję i Putina, monetaryzacja oraz prywatyzacja wszystkiego, co się rusza, demontaż centralnych struktur państwa, a także strategia umacniania banków, mediów, sądów itp., czyli przesuwanie rzeczywistej władzy na szczebel II – pozostają niewzruszone. Jest to niechybny znak tego, że ten prawdziwy, strategiczny ośrodek decyzyjny władzy pozostaje poza tą władzą, albo dokładniej – ponad nią. Niewzruszona trwałość strategii politycznej przy nieznacznej zmienności taktyk po zmianie widzialnych ekip, jest jednym z ważniejszych dowodów istnienia wyższego, strategicznego poziomu niejawnej metawładzy.

Jesteśmy tu przy starej masońskiej formule zwanej zasadą dwóch rąk, sformułowanej już w dokumencie Ahiman Rezon z 1756 roku. Chodzi tu nie tyle o rękę prawą albo lewą, ile raczej o to, że obie są rękoma metawładzy. Wyborca ma tu rzeczywiście nieskrępowaną wolność wyboru, ale tylko w granicach opcji w pełni kontrolowanych. W ustroju dojrzałej demokracji, czyli całkowicie kontrolowanym przez metawładzę, najlepiej dwupartyjnym, jest obojętne, z której ręki wyborca wybierze, bo każda strona jest pod kontrolą metawładzy i innych graczy na scenie nie ma. Oportunistyczny w gruncie rzeczy satyryk starej daty Jan Pietrzak, kiedy przed wielu laty dworował sobie z wyborów (jeszcze tych z PRL) określił taką sytuację słowami: ”Wybierali tak, jak chcieli, a wybrali kogo trzeba”. To jest właśnie formuła tej zasady.

Co jest ostatecznym celem metawładzy, skoro mamy wiele tak przesłanek, aby założyć, że ona istnieje? Najbardziej logicznym jest przyjąć, że zmierza ona do opanowania rządów na całym świecie, a więc utworzenia Rządu Światowego, ale o tym mam zamiar napisać przy innej okazji. Muszę jednak tu z całą mocą podkreślić, że dopiero od uświadomienia sobie możliwości i prawdopodobieństwa istnienia tego niejawnego poziomu metawładzy, oraz jej znaczenia w kształtowaniu polityki świata, zaczyna się poważna dyskusja o polityce i geopolityce, do której zapraszam także na moim blogu, ale tylko samodzielnie myślących.

Bogusław Jeznach

Opublikowano za : http://jeznach.neon24.pl/post/117083,trzecie-pietro-wladzy

Podziękowania dla Pana Bogdana Jeznacha

Komentarze

komentarzy