e7029b9d95c757c534ac070a55e55c31,2,0

Sfałszowane na chama !!!

Wyborów nie sfałszowała ani PO, ani władza centralna. Po pierwsze nic na tym nie zyskali. Po drugie; gdyby szykowali oszustwo, mieliby przygotowane na poranek po wyborach wyjaśnienie. Tymczasem i awaria komputerów, i sam wynik zaskoczył ich tak samo jak resztę narodu. Dopóki po 2 dniach prezydent nie wyznaczył oficjalnej linii („odmęty szaleństwa”) czołowi politycy PO mówili o skandalu i cudach nad urną.

Jeśli nie władza centralna, to kto sfałszował wybory. Zgodnie z rzymską zasadą cui bono — ten, kto na tym zyskał. Czyli PSL, a dokładnie jego najniższe, powiatowe struktury.

Jak to się odbyło?

Byłem 16 listopada w komisji wyborczej, więc znam wszystkie procedury i zabezpieczenia. I choć nasza komisja składała się z dziewięciorga osób o różnych poglądach, choć na ręcę patrzyło mi troje mężów zaufania (PO, PiS i Guział), a po drodze wszystko weryfikował informatyk, byłbym w stanie w zeszłą niedzielę zmanipulować każdy wynik o kilka do kilkunastu procent. I mogę to zrobić w drugiej turze. Okazji do fałszerstwa podczas liczenia głosów jest bez liku i może tego dokonać każdy, kto ma złe intencje, potrafi zachować zimną krew i przygotuje kilka gadżetów.

Dwa przykłady.

Pierwszego segregowania kolorami i liczenia głosów zaraz po wysypaniu ich z urny dokonywało na raz 9 osób. Każdy zajęty był swoją robotą i nie patrzył innym na ręce. Mężowie zaufania też nie są trygławami i światowidami, żeby śledzić ruchy 18 rąk na raz. Każdy z członków komisji mógł dyskretnie podopisywać na niektórych kartach dodatkowe krzyżyki, czyniąc głosy nieważnymi. A zresztą… tu i wielka dyskrecja nie była potrzebna. Dość rzec, że mnie osobiście udało się podrzeć głos na Hannę Gronkiewicz Waltz i nikt tego nie zauważył! Gdybym nie był szefem komisji i potem tego nie dopisał jako głosu ważnego, HGW miałaby o pół procenta mniej. I to wyjaśnia dlaczego PiS w badaniu exit pool miał o 5% lepszy wynik niż potem w protokołach. Unieważniono w co którejś komisji po kilkanaście głosów na nich, dopisując drugi krzyżyk.

Teraz drugi przykład. Gdybym chciał jako przewodniczący dodać kilka procent komuś z kandydatów, zrobiłbym to albo podczas spisywania protokołu (nikt mi wówczas nie patrzył na ręce), albo (zakładając, że ktoś by jednak sprawdził, co piszę) zrobiłbym to po drodze od informatyka do komisji z gotowym, zaakceptowanym przez komputer protokołem. Wystarczyło wtedy podmienić jedną ze środkowych stron protokołu (do przeprowadzenia tej operacji konieczne były: zszywacz, smartfon z możliwością zaklejenia tzw. sumy kontrolnej w PDF i drukarka — jak znalazł, wszystko to miałem w pokoju nauczycielskim po drodze z gabinetu informatyka do komisji).

I ten drugi przykład pokazuje skąd się wzięła różnica 5% pomiędzy wynikami exit pool a oficjalnymi PSL. To dopisano na chama.

Jako się rzekło, okazji do tego, aby jeden członek komisji oszukał pozostałych jest multum, a każda inna, bo wszystko zależy od topografii budynku, w którym odbywają sie wybory, od tego jak przewodniczący rozsadzi swoich ludzi itd. Jeśli fałszerzy jest więcej, działają w zmowie i porozumieniu, a zwłaszcza jeśli jest wśród nich przewodniczący, szansa na przekręt rośnie w tempie geometrycznym.

Nawiasem mówiąc, zdarzyło mi się kiedyś, podczas wyborów do europarlamentu, pracować w komisji złożonej z siedmiorga członków i symatyków jednej partii! Mogliśmy o kilkadziesiąt procent obniżyć wynik Danucie Heubner z PO (która u nas wygrała miażdżąco) i podnieść komukolwiek innemu. Nie zrobiliśmy tego z 2 powodów. Idealistycznego i praktycznego. Idealistyczny jest taki, że dla mnie osobiście demokracja jest ważniejsza niż wygrana mojej partii. Kto nie chce, niech nie wierzy, że są jeszcze tacy frajerzy. Drugi powód jest bardziej wiarygodny — po co miałbym to robić?! Dlaczego miałbym ryzykować odpowiedzialność karną dla dajmy na to profesora Krasnodębskiego z PiS? Czy profesor mnie prosił o fałszerstwo? Nie. Czy wynagrodziłby mnie za to? Nie. Czy gdybym wpadł, ująłby się za mną? Wprost przeciwnie! (też pewnie jest frajerem, idealistą i potępiłby mnie jako wroga demokracji).

Dlaczego więc członkowie setek komisji w kraju zrobili to? Odpowiedź jest oczywista — bo nie są frajerami i mieli w tym osobisty interes.

Jaki?

Zapomnij o Warszawie i innych wielkich miastach. Wyobraź sobie, że mieszkasz w małej gminie, gdzie bezrobocie sięga 50%, a jedynym pracodawcą jest lokalna władza. Nie tylko wprost — w urzędzie gminy — ale we wszystkich finansowanych przez samorząd instytucjach: w policji, w szkole, w przychodni itd. Władzę w tej gminie sprawuje od niemal ćwierć wieku wójt z PSL. Albo dobrze żyjesz z tym panem, albo jesteś bezrobotnym. Oczywiście jest kilku niezależnych, jak miejscowy proboszcz, ale też tylko do pewnego stopnia, bo może się zdarzyć, że kościół jest zabytkiem, a wtedy remontuje się go funduszy gminnych, które rozdziela wójt. Itd. Itp. Podobnych przykładów zależności od wójta można wymyślić dziesiątki. Ale nie o tym jest artykuł, więc przyjmijmy, że wój w takiej gminie jest jak pan dla psa. Od niego zależy, czy będzie miska, czy nie.

Przychodzą wybory.

I zgadnijcie, kto wyznacza komisję wyborczą? Wójt. I teraz postawcie się na miejscu tego wójta z PSL. Kogo byście wyznaczyli do tej komisji? Opozycję? Przyjezdnych? Obserwatorów z OBWE? Ja bym wyznaczył męża dyrektorki szkoły, córkę dyrektorki przychodni, szefa straży pożarnej, organistę, panią bibliotekarkę. Szacowne towarzystwo, trudno cokolwiek im zarzucić.

Czy na miejscu tego wójta poinstruowałbyś tych ludzi, jak mają dokonać fałszerstwa?

Ja bym się ograniczył do przypomnienia im, kto zajmie stanowiska będące podstawą biologicznego przetrwania ich rodzin, jeśli wygra „ten oszołom z PiSu” i opowiedziałbym im, w formie anegdoty, że: „w zeszłych wyborach, panie, to krzyżyki w Mazowieckiem podobno dopisywali pisiorom i zafałszowali, panie, i nikt ich nie ukarał, olaboga, hehehe!”. I nie dałbym się przy tym nagrać żadnym kelnerom.

Teraz postaw się w sytuacji tych członków komisji. Co dla ciebie jest ważniejsze? Demokracja, czy żeby dać jeść dziecku? Idee pięknoduchów ze stolicy, czy żeby mieć na opłacenie szkoły dla syna i córki? „Frajerstwo” czy mieć na lekarstwa, bo NFZ tak „refunduje” leczenie twojej choroby, że jeśli sam nie zapłacisz, staniesz się warzywem?

Ja przyznaję avec la main sur le cœur, że zaryzykowałbym wpadkę przy fałszerstwie, gdybym wiedział że dzięki temu nie oślepnę od cukrzycy. I ten wybór nie miałby nic wspólnego z polityką. Bo PSL wcale nie jest partią polityczną. Znasz choć jeden postulat z ich programu? Znasz kogoś, kto nie jest biznesowo z nimi powiązany, a ich popiera? Nie. Bo to nie jest partia. A co to jest?

Polska to suka, która ma 8 wymion, a urodziła 16 szczeniaków. PSL to pies-ojciec, który decyduje o tym, który szczeniak ma przetrwać, a który zdechnąć lub emigrować do Warszawy lub Londynu.

Komentarze

komentarzy