781ed69ef6a4dd8f3767975c1e290a83

HiPOkryzja. Błękitny marsz, alternatywny Sejm. Tak Platforma podpalała Polskę!

Oburzenie i licytacja na słowa o „podpalaniu Polski”, „niszczeniu demokracji” i „chęci obalenia rządu za pomocą ulicy” w kontekście zaplanowanego – przez PiS – na 13 grudnia marszu wydają się nie mieć końca. Ostrzeżenia przed „ulicą”, która miałaby zdemolować ład i porządek w Polsce są naprawdę poważne.

Tym mocniej zachęcamy do małej podróży w czasie. O kilka lat. Będzie kilka przykładów.

Numer 1. Styczeń 2006 r., Donald Tusk żali się Monice Olejnik i Agnieszce Kublik, zapowiadając wypowiedzenie obywatelskiego posłuszeństwa prezydentowi Kaczyńskiemu. Wywiązuje się dialog:

Tusk: W tym parlamencie nie ma możliwości przeprowadzenia procedury impeachmentu, czyli usunięcia prezydenta z urzędu. Natomiast prezydent, który pozwoliłby sobie na złamanie konstytucji po to, żeby jego partia wygrała wybory, stawiałby Platformę w sytuacji, w której trzeba by wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo takim decyzjom

„Wyborcza”: Czyli?

— Trzy kropki postawcie.

— Co to znaczy: wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo? Ludzi wyprowadzicie na ulicę?

— …

Numer 2. Donald Tusk chce za wszelką cenę doprowadzić do odwołania gabinetu Jarosława Kaczyńskiego. Stąd propozycja całkowitej destabilizacji rządu i pomysł na odwoływanie poszczególnych ministrów pojedynczo. Nawet Tusk przyznawał wówczas, że to wyjątkowe działanie.

Rząd Jarosława Kaczyńskiego będzie trwał za wszelką cenę. Nie uda się też skrócić kadencji Sejmu, gdyż nie znajdzie się konstytucyjna większość. Stąd nasz pomysł o odwoływanie każdego z ministrów osobno

— mówił premier.

Pojawiły się wówczas propozycje ze strony Platformy, by powołać alternatywny parlament na Politechnice Warszawskiej. Aby obok Sejmu na Wiejskiej rządził jakiś niesprecyzowany „rząd” w budynku PW.

Numer 3, czyli błękitny marsz Platformy i jej zwolenników. Październik 2006. Donald Tusk przemawia z balkonu Hotelu Europejskiego do swoich sympatyków.

”Polska wolna, solidarna!”, „Wolne media!”, „Chcemy demokracji!” – takie okrzyki wznosili uczestnicy „Błękitnego Marszu” Platformy. Uczestnicy marszu trzymali transparenty z napisami: „Dość kaczorów, chcemy wyborów!”, „Polska wolna – solidarna”, „Prawo i Sprawiedliwość to semantyczne nadużycie”, „Przeproście i Spadajcie”. Można również usłyszeć okrzyki: „Giertych, zostaw nasze dzieci!” Demonstracja przeszła następnie Krakowskim Przedmieściem na Plac Zamkowy

— czytamy w relacji z marszu.

Na transparentach między innymi Lech Kaczyński otoczony sznurem.

Wątpliwości, skargi na „zamach na demokrację”, „podpalenie Polski”? Nic z tych rzeczy. Grzegorz Schetyna przekonuje „Wyborczą”.

To też marsz przeciwko trwaniu tego rządu i Sejmu, za wyborami. Nie chcemy oczywiście zawłaszczać czegokolwiek, taka jest po prostu formuła marszu. I nie będziemy tego zmieniać. Zapraszamy każdego, mieszkańców Warszawy, gości z kraju. **Chcemy więc pokazać, że demonstracja może być także językiem polityki. Zresztą w Sejmie nie zawsze mamy możliwość prowadzenia normalnej debaty. Dlatego uważam, że pozytywna demonstracja może ukazać Platformę nie tylko jako największą, skuteczną partię opozycyjną, ale i siłę polityczną z dobrymi pomysłami.

— „Wyborcza”: A jeśli demonstracja nie będzie pozytywna i najgłośniej zabrzmi hasło: „Precz z Kaczyńskimi”?

— Nie, będzie pozytywnie. Platforma jest partią pozytywną, ma uśmiechnięte logo. Nie widzę powodu, by w naszym marszu szli posępni, agresywni ludzie.

A może zarzut związany z „zawłaszczaniem” daty 13 grudnia i historycznych analogii? Dzisiejszy prezydent Komorowski miał wówczas inny pogląd. W opinii wicemarszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, „Błękitny marsz” przeszedł trasę, którą często pokonywały demonstracje w latach 80.

Żądamy wolnych i wcześniejszych wyborów, a więc żądamy tego, czego w latach 80. Chcemy Polski, której nie będziemy się wstydzić

— wołał Komorowski.

Z kolei senator PO Stefan Niesiołowski powiedział, że PO proponuje przyspieszone wybory, bo obecnie nie ma już innego wyjścia.

Po roku tumultu – mówił Niesiołowski – naród powinien się wypowiedzieć.

Lider PO Donald Tusk nazwał zaś Niesiołowskiego „najszlachetniejszym polskim recydywistą”.

Mało tego, ówczesny „błękitny marsz” był… obowiązkowy. Dla polityków-kandydatów Platformy do samorządów, którzy nie pojawili się na marszu sypią się kary porządkowe.

To wyjątek, a nie nowa świecka tradycja

— tak Donald Tusk skomentował kary finansowe nałożone przez szczecińską Platformę na tych kandydatów do samorządów, którzy nie pojechali na Błękitny Marsz do Warszawy.

Szczecińscy działacze PO umówili się, że do Warszawy na antyrządową manifestację pojadą wszyscy kandydaci, którzy na listach wyborczych w swoich okręgach dostali miejsca od 1. do 5. Z 25 takich kandydatów ośmiu nie pojechało. Teraz – w zależności od miejsca na liście – mają zapłacić od 100 do 800 zł kary. „Wynajęliśmy specjalny pociąg, w drodze liderzy naszych list mieli okazję do rozmów z sympatykami Platformy, którzy jechali do Warszawy z nami” – opowiada poseł Sławomir Nitras, szef szczecińskiej PO. „Umówiliśmy się, że jedziemy. Nasi posłowie nie zawiedli. Nie możemy lekceważyć wyborców. Dlatego umówiliśmy się na kary”

— czytamy w relacji „Gazety Wyborczej”.

O takich propozycjach i pomysłach ówczesnej Platformy można by opowiadać bardzo długo. Warto i trzeba przypominać tamte wydarzenia – choćby po to, by dziś tak „gładko” nie przechodziła narracja o „podpalaniu Polski”.

 

źródło: wpolityce.pl

Komentarze

komentarzy