grzegorz_braun

Grzegorz Braun: Z dziejów przyjaźni polsko-angielskiej

Brytyjczycy z zasady nie wiążą z naszym regionem planów innych niż kolonizacja, a jeśli się nie da – to podpalenie. Jeśli dziś zdaje się komuś w Warszawie, że ten trend odwraca, winien to odtrąbić jako wielki sukces na skalę dziejową. Wszystko jednak wskazuje na to, że żoliborska grupa rekonstrukcji historycznej Sanacji wchodzi w układ z Wielką Brytanią z niewybaczalną ignorancją i zbrodnicza naiwnością. Bo dotychczasowa norma była właśnie taka – Londyn tradycyjnie odgrywał w Europie Środkowej rolę czołowego eksportera dywersji ideologicznej (dawniej po prostu herezji) i bezwzględnego podżegacza (używającego chętnych tubylców w charakterze krzesiwa i podpałki zarazem).

Jaki jest istotny cel i jaka pełna treść „traktatu obronnego”, który właśnie zawieramy z Wielką Brytanią? Trudno przeniknąć i trudno pojąć, zważywszy, że w relacje sojusznicze weszliśmy formalnie już kilkanaście lat temu, przystępując do Paktu Północnoatlantyckiego. Czyżby więc natowska zasada „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” nie stosowała się do nas ściśle – jeśli dziś zachodzi potrzeba ponownego wiązania się akurat z Angolami dodatkowym węzłem? Najwyraźniej całe polskie doświadczenie historyczne okazuje się dla naszych przywódców nie mieć żadnego znaczenia – skoro bez wahania przyjmują tak ewidentnie nieszczerą, bo jak zwykle bez pokrycia ofertę. Wszak w całych naszych dziejach nie mogliśmy liczyć na stałość Londynu w niczym innym jak tylko w zdradzie, przeniewierstwie i promocji subwersywnych, antypolskich i antykatolickich doktryn.

Polacy nieźle pamiętają zdradę aliantów w 1939 r., ale przecież na ogół kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, że nie była to ze strony Londynu pomyłka, przeszacowanie własnych sił. Nie, słynne „gwarancje brytyjskie” to była całkowicie cyniczna, na zimno skalkulowana prowokacja, której celem było „przekierowanie” wojny na Europę Środkową z Polakami w roli pierwszych naiwnych. Polscy patrioci do dziś chętnie egzaltują się wspomnieniem sejmowej mowy Józefa Becka o honorze – nie zdają sobie sprawy z metodycznej perfidii, jaką wykazali się dyplomaci i sztabowcy brytyjscy w dziele „wkręcania” nas w wojnę. Polacy nie pamiętają, ba, najczęściej po prostu nie słyszeli o tym, jak późnym latem 1938 lord Duff Cooper na pokładzie zakotwiczonego w Gdyni jachtu „Czarodziejka” (sic) urabiał nieszczęsnego Becka (podwójnie uzależnionego, jako alkoholika i jako masona). Historycy i publicyści rzadko przypominają (więc skąd mają wiedzieć politycy i generałowie Wojska Polskiego?), jak to przybyły do Warszawy brytyjski szef sztabu gen. Ironside jeszcze latem 1939 łudził nas i mamił: „Być może przyjdziemy do was przez Morze Czarne” (sic!). Było to świadome wpychanie nas pod grzejące już niemieckie silniki i sowieckie buldożery.

Są w naszych podręcznikach i w naszych sercach zbrodnie wojenne naszych okupantów – ale nie ma tam zbrodni politycznej, w której Anglicy odgrywają rolę wyrachowanych zleceniodawców, a sanacyjna elita przedwrześniowa występuje w charakterze zleceniobiorców. Polska świadomość historyczna w 100 proc. zagospodarowana jest wizją tragicznych konsekwencji: Katyń, Palmiry, Ponary, Kołyma, Oświęcim, Wołyń etc. – to pamiętamy i recytujemy bez zająknienia – ale nie zostaje za wiele miejsca na rozpamiętywanie istotnych przyczyn.

Tymczasem, jeśli idzie o tradycje brytyjskiego zaangażowania w sprawy Europy Środkowej – czego skutkiem dla naszych przodków bywała z reguły śmierć i pożoga, a w najmniejszym przypadku trwałe kalectwo i masowy rabunek – są one znacznie dawniejsze i trwalsze, niż się nam na ogół zdaje. Warto wspomnieć pionierskie projekty o charakterze próbno-sondażowym – jak
np. jeszcze w XIV w. kolonizatorska ekspedycja Anglików na Litwę, z udziałem angielskich łuczników pod wodzą Henryka Lancastra (późniejszego króla) w oblężeniu Wilna (!); czy w XV w. inwestowanie w herezję dewastującą serce kontynentu, z Peterem Payne jako prominentnym członkiem husyckiego „politbiura” w Pradze.

Warto uświadomić sobie, że od kiedy w XVI w. sprotestantyzowany Londyn staje się centralnym ośrodkiem światowej rewolucji, Polska nigdy już nie schodzi z celownika tamtejszych służb i lóż. Na dowód wspomnijmy choćby środkowoeuropejskie peregrynacje Johna Dee, który dla Elżbiety Tudor był kimś jeszcze ważniejszym niż Dugin dla Putina czy obecność Maksyma Krzywonosa (wg jednego z pamiętnikarzy epoki Szkota z klanu Cameronów, tj. właśnie Krzywych Nosów) u boku Chmielnickiego. Nie wspomniał o tym Sienkiewicz, więc też na ogół nie mamy pojęcia, że purytański dyktator Cromwell pisywał do tegoż Chmielnickiego – z niepłonną nadzieją na zaangażowanie schizmatyków we wspólną z heretykami ostateczną rozprawę z „papizmem”, w czym Rzeczpospolita pozostawała kluczową przeszkodą. Od Cromwella (a ściślej, od jego holenderskich kredytodawców) szły też konkretne fundusze na szwedzkie zaciągi na wojnę polską (którą zwiemy Potopem). Wiek później, realizując tę samą strategię, Londyn udzieli Fryderykowi pruskiemu subwencji na wojnę siedmioletnią. A angielski poseł w Warszawie będzie najenergiczniej ponaglać Polaków do dokonania cesji Gdańska i Torunia na rzecz Berlina. Tak jest: Wielka Brytania (dyskretnie operująca za plecami Prusaków) jest de facto naszym czwartym rozbiorcą.

Nota bene: nasi historycy stanowczo zbyt łatwo przechodzą do porządku nad fenomenem przedwczesnych zgonów zarówno Stefana Batorego, jak i Władysława Wazy, a wreszcie i Stanisława Augusta. Że tego ostatniego o śmierć przyprawił „przyjaciel z dawnych lat”, Whitworth, poseł w Petersburgu – to hipoteza całkiem mocna, w świetle nowych publikacji brytyjskich (Elizabeth Sparrow). W tamtej dobie rozkręca się wszak na całego „Wielka Gra” – rywalizacja imperiów o globalną hegemonię. Oczywistym (dla Moskali i Angloli, ale nie dla biednych Polaków) kluczem do tej geostrategii pozostają dwie „strefy zgniotu”: Azja Środkowa (głównie Afganistan) jako droga do Indii, no i Europa Środkowa (przede wszystkim Polska) jako dogodny teren dywersji na tyłach. Ową dywersję na naszym terytorium, naszym rzecz jasna kosztem, ponawiają Brytyjczycy periodycznie przez cały XIX wiek – angażując się w rozpętywanie kolejnych prowokacji insurekcyjnych (w 1830 i 1863 skutecznych, a w 1855 i 1878 nieskutecznych). Nie czynią tego oczywiście sami ani tylko własnymi siłami – zbieżny jest wszak interes, więc i pełne zaangażowanie w podsycaniu prowokacji ze strony państwa pruskiego (por. np. prowokację komisarza Bärensprunga w Poznaniu) i diaspory żydowskiej (por. np. prowokatorską aktywność rabina Ber Miselsa w Warszawie). Dzięki ich wspólnej zapobiegliwości (a niebacznej naiwności Polaków) najmocniejsze karty dostaje zawsze do ręki antypolska partia w Petersburgu. Ale to Londyn jest zawsze o krok do przodu, najbardziej przewidujący – czego poszlakowym dowodem jest m.in. dostarczenie zaktualizowanego dossier sprawy polskiej posłowi angielskiemu w stolicy Rosji przez speckuriera z Londynu tuż PRZED rozpętaniem powstania w Warszawie (1830).

Rzucona na tak poszerzone tło („Wielkiej Gry” imperiów), zanurzona w tak pogłębionym kontekście historycznym (postprotestanckich, rewolucyjnych dążeń do zniszczenia Kościoła katolickiego, a więc i Polski jako Jego ostoi) – nie powinna budzić najmniejszego zdziwienia konsekwencja, z jaką Londyn patronuje szerzeniu kolektywistycznych doktryn, także wśród Polaków. Wszak zarówno socjalista Piłsudski, jak i nacjonalista Dmowski pozostają nieuleczalnymi anglofilami. W kolejnym pokoleniu zresztą – jak wcześniej biedny król Staś, jak książę Drucki-Lubecki, jak margrabia Wielopolski, jak później Sikorski – polskie elity wiecznie aspirują do uznania na angielskich salonach (tj. w lożach i służbach), do końca nie zdając sobie najwyraźniej sprawy, że to tam właśnie zapadają wyroki i stamtąd wychodzą „życzenia śmierci” dla polskiej niepodległości. Czego spektakularnym przykładem była wszak bezpardonowa walka z polską niepodległością prowadzona przez Londyn przed stu laty, w dobie konferencji wersalskiej.

Może doczekamy kiedyś źródłowych monografii tradycyjnego brytyjskiego antypolonizmu, podszytego antykatolickim, rasistowskim wręcz resentymentem. Lekcje te jednak musimy odrobić sami – nie ma co liczyć na jakiekolwiek ludzkie odruchy Londynu, który wszak na kolejne półwiecze utajnił akta zamachu gibraltarskiego (1943), a na nasz odcinek kieruje tak cynicznych propagandystów-imperialistów i co najmniej podwójnych agentów jak Norman Davies (który, pamiętajmy, zawsze dawał głos w sukurs, gdy np. w problemy wizerunkowe popadali Wałęsa czy Jaruzelski albo kiedy trzeba było z wyższością białego sahiba wyśmiewać „teorie spiskowe” nt. zamachu smoleńskiego); już nawet o „Zdradku” Sikorskim nie wspominając.

Osobny rozdział, a raczej jednak osobny tom takiej monografii, ma się rozumieć, poświęcić należy zaangażowaniu Londynu w tzw. kwestię żydowską na naszym terytorium – co ma charakter jawny, wręcz manifestacyjny przynajmniej od XIX w., kiedy swoje „propozycje nie do odrzucenia” z ramienia londyńskiego City składali w Warszawie sir William Jacob (lata 20.) albo sir Mojżesz Montefiore (lata 50.) – przy czym nie łatwo będzie ostatecznie przesądzić, kiedy pies machał ogonem, a kiedy ogon wywijał psem.

Tymczasem jednak aktualni sternicy polskiej nawy państwowej w stosunku Wielkiej Brytanii kontynuują najbardziej żenujące tradycje podskakiwania i potakiwania – zachwyceni samym faktem, że pani Thatcher czy May osobiście raczyła przekręcić ich nazwisko. Powtórzmy to raz jeszcze: jeśli nasi mężowie i żony stanu sądzą, że finezją negocjacyjną i wdziękiem osobistym zdołali właśnie odwrócić wielowiekowy trend antypolskiej polityki brytyjskiej – to powinni się tym chwalić jako przewrotem iście kopernikańskim w geopolityce światowej. Skoro się nie chwalą – to znaczy, że są w problematyce wyżej sygnalizowanej zorientowani słabo lub wcale. Są więc albo patriotami-ignorantami, albo lojalnymi agentami – tertium non datur. Ja w każdym razie na propozycje podpisania „traktatu obronnego” z Anglikami osobiście uciekałbym raczej z krzykiem – bo to znaczy, że właśnie przyszli nas podpalić.

Komentarze

komentarzy