37bdb5d8b46a646182d65ba2ae7eaacf_L

CETA i TTIP czyli transatlantyckie niewolnictwo. cz 1

Rząd Beaty Szydło wydaje się być zaskoczony podniesieniem tematu CETA na arenie publicznej i ma kłopoty z wypracowaniem jednoznacznego stanowiska. Ciekawe, jak będzie z TTIP, które jeszcze nie jest dopięte, a negocjacje przeżywają impas za sprawą Brexitu i sprzeciwu Francji. Jednak deklaracja prezydenta Dudy wygłoszona podczas majowej wizyty w Kanadzie, że Polska jako pierwszy z krajów UE ratyfikuje umowę, niebezpiecznie przypomina gorliwość, jaką wobec Niemiec wykazywał rząd PO-PSL.

1. Wymowne milczenie mediów

Pytanie na początek: czy ktoś z Państwa słyszał o umowie CETA, czyli Comprehensive Economic and Trade Agreement (Całościowe Gospodarcze i Handlowe Porozumienie), zawartej między UE a Kanadą? Tak? Nie? Cóż, tym, którzy słyszeli, gratuluję determinacji w śledzeniu spraw publicznych, tym zaś, którzy nie słyszeli, wcale się nie dziwię. Media bowiem – zarówno te „nasze”, jak i „nie nasze” były wyjątkowo powściągliwe w podawaniu jakichkolwiek informacji. Te same gazety, telewizje i portale, które potrafią miesiącami tokować o męczeństwie sędziego Rzeplińskiego, błazeństwach Kijowskiego i Petru czy dopuszczalności skrobanek – tu nagle nabrały wyjątkowo zgodnie wody w usta. Podobnie jest z innym tego typu traktatem, czyli TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership – Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji) negocjowanym obecnie na linii UE–USA. Tu również nader oszczędnie dawkowano nam informacje, media nie kwapiły się do dziennikarskich śledztw i trzeba było dopiero dywersji lewaków z Greenpeace, żeby sprawa wysypała się przed oczy tych, którzy chcą wiedzieć.

Bodaj jedynie „Dziennik Gazeta Prawna” (w sieci także portal Dziennik Internautów) stara się trzymać rękę na pulsie, reszta zahacza o temat naskórkowo i sporadycznie – jak można się domyślać – w obawie przed narażeniem się właścicielom i reklamodawcom, tudzież ze względów politycznych, by „nie godzić w sojusze”. Ja sam starałem się sygnalizować temat (głównie TTIP) w kilku felietonach dla „Gazety Finansowej”. A sprawa jest, bez cienia przesady, gardłowa. Zatem kierując się zasadą Grzegorza Brauna, że naprawdę ciekawe jest to, o czym nie wspomina ani „Gazeta Wyborcza”, ani „Gazeta Polska”, przyjrzyjmy się dzisiaj, o co w tym wszystkim chodzi.

2. Tajne przez poufne

CETA na pozór wygląda na zwykłą międzynarodową umowę handlową, jakich wiele, i tak też zainteresowani jej przepchnięciem starają się ją przedstawiać. Jednak jest czymś o wiele większym. Razem z TTIP ma bowiem ustanowić wielką, transatlantycką strefę handlowo-inwestycyjną znoszącą nie tylko bariery celne (cła i tak są już przeważnie niewielkie), ale również niwelującą „ograniczenia pozataryfowe”. Te „ograniczenia” to nic innego jak regulacje dotyczące bezpieczeństwa, ochrony środowiska, praw konsumenckich, pracowniczych, elementów protekcjonistycznych w poszczególnych gospodarkach itp. – krótko mówiąc, obie strony mają być dla siebie otwarte „na przestrzał”. Powiada się w tym kontekście o wzroście PKB i nowych miejscach pracy, nie wspomina się tylko, kto będzie z owego wzrostu PKB korzystał i ile miejsc pracy zostanie zlikwidowanych oraz o jakości tych „nowych” miejsc pracy, co to mają powstać po wejściu w życie umowy. Przykładowo, w propagandowej broszurce dotyczącej TTIP z 2015 dostępnej na stronach MSZ (jednym z autorów jest „paleoliberał” Witold Gadomski z „GW”) mowa jest o wzroście unijnego PKB o 0,5 proc., zaś polskie gospodarstwo domowe ma średnio zyskać 450 euro rocznie. Jeśli ktoś czytał książkę „Hitman. Ekonomista od brudnej roboty”, to wie, jak preparuje się takie prognozy – bierze się pasujące do tezy, najbardziej optymistyczne dane, podkręca się spodziewany efekt do maksimum, a następnie z taką „analizą” w garści lobbuje się do skutku w gabinetach decydentów.

Tymczasem gdyby wszystko miało wyglądać tak pięknie, nie byłoby potrzeby utajniania procesu negocjacyjnego porównywalnego jedynie chyba z praktykami rodem z ZSRR. Umowa CETA, której negocjowanie zakończyło się w 2014 r., dostępna jest jedynie w tajnej czytelni Sejmu i pies z kulawą nogą się nią nie interesuje – ba, wielu parlamentarzystów do niedawna w ogóle nie wiedziało o jej istnieniu! Dopiero sejmowa debata na temat ratyfikacji umowy, w znacznej mierze wymuszona przez Klub Kukiz ’15 sprawiła, że zaczęto mówić o sprawie. Uchwała Sejmu, podjęta zresztą „ponad podziałami” – bo PiS, PO i Nowoczesna głosowały niemal ramię w ramię – została przepchnięta w cieniu nawalanki o aborcję i „legalizuje” tryb wdrożenia umowy zatwierdzony wcześniej na szczeblu międzynarodowym, ponad naszymi głowami. Komisja Europejska w lipcu br. „zarekomendowała” bowiem „tymczasowe” wdrożenie części handlowej CETA – jeszcze przed ratyfikacją przez parlamenty poszczególnych krajów UE. Mechanizm został potwierdzony na nieformalnym spotkaniu ministrów handlu w Bratysławie 23 września (Polskę reprezentował minister Morawiecki) – porozumienie wejdzie w życie po podpisaniu go przez właściwych ministrów państw członkowskich zasiadających w Radzie UE i głosowaniu w Parlamencie Europejskim. Do parafowania umowy ma dojść 27 października na szczycie UE–Kanada. Efekt jest taki, że niezależnie od „demokratycznego werdyktu” parlamentów i ewentualnych protestów społecznych zasadniczy trzon paktu będzie obowiązywał „od zaraz”, a proces ratyfikacyjny sprowadzi się do zatwierdzenia faktów dokonanych.

3. Ponad naszymi głowami

Powyższe jest ukoronowaniem procedury negocjacyjnej z lat 2009–2014. W imieniu krajów członkowskich rozmowy prowadziła Komisja Europejska – jest to, nawiasem mówiąc, konsekwencją przyjęcia traktatu lizbońskiego cedującego na KE odpowiednie kompetencje dotąd pozostające w gestii państw narodowych, co, jak widać, stanowi potężną wyrwę w suwerenności. Do czego to prowadzi, pokazuje przykład ACTA, również negocjowanej poufnie i przeforsowanej cichaczem – dopiero masowe uliczne demonstracje w całej Europie doprowadziły do wyrzucenia umowy do kosza. W przypadku CETA nie ma co liczyć na podobny scenariusz – to już zbyt wielka skala interesów, by przejmować się takim drobiazgiem jak „wola ludu”. Jak stwierdziła w kontekście protestów przeciw TTIP unijna komisarz ds. handlu Cecilia Malmström: „Nie biorę mandatu od Europejczyków”. I wszystko jasne, może poza jednym – od kogo w takim razie eurokomisarze biorą swoje mandaty? Pewne światło rzuca tu historia byłego przewodniczącego KE, José Manuela Barroso, który po zakończeniu okresu karencji znalazł posadę jako „doradca” banku inwestycyjnego Goldman Sachs – tego samego, który pomagał Grecji w fałszowaniu danych dotyczących jej zadłużenia.

W każdym razie, tajność negocjacji powodowała, że rządy krajów członkowskich mogły jedynie zgłaszać swoje stanowiska w różnych kwestiach, ale bez żadnej gwarancji, że zostaną one uwzględnione, zaś umowa pozostawała dla nich niedostępna aż do finalizacji rozmów. Zresztą jako że wówczas w Polsce rządziła PO ze swą doktryną śniętej ryby zakładającą „płynięcie z głównym nurtem”, to należy wątpić, czy w ogóle zabiegała o realizację jakichkolwiek naszych interesów. Poza tym myliłby się ten, kto by sądził, że eurobiurokraci negocjowali bezpośrednio z przedstawicielami kanadyjskiego rządu. Do nich należało co najwyżej rozpisanie harmonogramu i organizacja kolejnych tur rozmów, zaś treść poszczególnych elementów umowy dogadywali lobbyści wielkich koncernów z obu stron, występujący na tę okoliczność pod nazwą „negocjatorów”.

Koncerny kanadyjskie i europejskie porozumiały się więc między sobą, zaś efekt został przedstawiony jako „umowa międzynarodowa” do zatwierdzenia, bez możliwości dokonania jakichkolwiek poprawek – podobny schemat przerabiamy obecnie w przypadku TTIP. Zatem europarlament oraz rządy państw członkowskich zostały postawione jedynie w charakterze stróża interesów wielkich korporacji.

4. Bierność „dobrej zmiany”

Ze strony europejskiej głównym motorem napędowym zarówno w sprawie CETA, jak i TTIP są Niemcy, co nie może dziwić – niemiecka gospodarka nastawiona jest na eksport i ekspansję na kolejne rynki zbytu, więc tamtejsze firmy są żywotnie zainteresowane odblokowaniem ostatnich barier na kontynencie amerykańskim. Podobnie z firmami zza Atlantyku, które ostrzą sobie zęby na wciąż w miarę zasobne portfele europejskich konsumentów. Cenę zapłacą gospodarki mniej rozwiniętych państw, takich jak Polska, które nie mają szans na sprostanie niczym nieograniczonej konkurencji.

W tym świetle niepokojąco wygląda bierność naszej dobrej zmiany. Rząd Beaty Szydło wydaje się być zaskoczony podniesieniem tematu CETA na arenie publicznej i ma kłopoty z wypracowaniem jednoznacznego stanowiska. Ciekawe, jak będzie z TTIP, które jeszcze nie jest dopięte, a negocjacje przeżywają impas za sprawą Brexitu i sprzeciwu Francji. Jednak deklaracja prezydenta Dudy wygłoszona podczas majowej wizyty w Kanadzie, że Polska jako pierwszy z krajów UE ratyfikuje umowę, niebezpiecznie przypomina gorliwość, jaką wobec Niemiec wykazywał rząd PO-PSL. Jak widać, zmieniły się „strategiczne sojusze”, ale nie mentalność i model uprawiania polityki wciąż zasadzającej się na mechanicznym podżyrowywaniu interesów kolejnych geopolitycznych patronów – być może w przeświadczeniu, że klamka już zapadła, więc nie ma sensu wierzgać. O cenie, jaką przyjdzie nam za to zapłacić, czyli rozlicznych zagrożeniach związanych z transatlantycką integracją gospodarczą, szerzej napiszę już za tydzień.

Część 2 TUTAJ

Komentarze

komentarzy