images.duckduckgo.com

Niemcy żyją za nasze! Chodzi nie tylko o odszkodowania, ale i o zwrot zagrabionego mienia

Chodzi nie tylko o odszkodowania, ale i o zwrot zagrabionego mienia. Polski rząd musi naprawić zaniechania swoich poprzedników. Szef MON Antoni Macierewicz wszedł na dobrą drogę, mówiąc m.in. że Niemcy mogą teraz jedynie zadośćuczynić i spłacić straszliwy dług, jaki zaciągnęły wobec narodu polskiego i ludzkości i że nie jest prawdą, że Polska zrzekła się reparacji.

Minister zaznaczył, że istnieją mocne podstawy prawne, aby Polska zaczęła się w końcu ubiegać o reparacje wojenne od Niemiec. Jak podkreślił Macierewicz, rzekome zrzeczenie się ich przez władze PRL-u po wojnie w sensie prawnym nie ma żadnego znaczenia, albowiem nasz kraj nie był wówczas suwerenny, był jedynie „sowiecką kolonią” i dlatego właśnie nie mógł podejmować decyzji zgodnych ze swoimi narodowymi interesami. Według szefa MON z punktu widzenia prawa nie ma żadnych wątpliwości, że Niemcy winne są Polsce gigantyczne odszkodowania. Macierewicz podkreślił również, że kwestia reparacji wojennych dla Polski był już stawiana przez niego w sejmie w 2000 r., kiedy jako poseł Ruchu Katolicko-Narodowego zaprezentował dokumenty, jakie udało się zebrać w tej sprawie. Polskie władze nie zainteresowały się wówczas tym problemem.

Złodzieje Europy

Oprócz kwestii reperacji wojennych, mówimy o elementarnej sprawiedliwości. Niemcy celowo bowiem niszczyli nasze mienie, naszą gospodarkę i nasz potencjał ludzki, abyśmy jak najdłużej nie mogli z nimi konkurować. Swoją okupację Niemcy zaczynali przede wszystkim od grabieży tego, co najcenniejsze i najbardziej wartościowe: złota, pieniędzy i dzieł sztuki. Bank emisyjny na terenie Generalnej Guberni, utworzonej na okupowanych polskich ziemiach, musiał natychmiast przekazywać każdy gram złota do Reichsbanku. Wartości zrabowanego Polsce złota nie da się oszacować nawet w przybliżeniu. Tylko w 1943 r. podczas przeprowadzonej w Generalnej Guberni operacji „Reinhardt” przejęto wyroby ze złota o wartości prawie 40 mln dolarów, według dzisiejszej wartości pieniądza były to miliardy złotych (trudno to oszacować precyzyjnie). Kolejną formą była kradzież wszelkich dochodów podbitych krajów. Nazywano to „daniną na rzecz obrony” (Wehrbeitrag). Tak było w przypadku Polski, a dokładniej Generalnej Guberni, gdzie wartość corocznej daniny ustalał minister finansów III Rzeszy Lutz von Krosigk. W 1941 r. było to 500 mln zł, w 1942 r. już 1,3 mld zł, a w 1943 r. prawie 3 mld zł. Szalała inflacja, ale pewne pojęcie o skali wyzysku powinna dać informacja, że pensja urzędnika w 1941 r. wynosiła ok. 1 tys. zł. Dodatkowo obciążano Polaków kosztami stacjonowania niemieckich żołnierzy na terenie Generalnej Guberni, oczywiście znacznie je zawyżając. Na przykład w 1942 r. wyceniono na prawie 100 mln zł koszt stacjonowania 400 tys. żołnierzy, chociaż w rzeczywistości było ich pięć razy mniej. Gubernator Hans Frank systematycznie podnosił podatki, które płacili tylko Polacy. Ten system miał zapewnić finansowanie nie tylko okupacji, ale i wojny. Niezależnie od tego Niemcy grabili podbite kraje na dziesiątki innych sposobów. Warto jedynie wspomnieć o milionie polskich robotników przymusowych, którzy otrzymywali niewolniczo niskie zarobki, a na dodatek byli okradani ze składek na fundusz rentowy i ubezpieczenia. Przodowały w tym wielkie niemieckie koncerny, takie jak IG Farben i inne. Niemcy pomnażali również swoje bogactwo, rabując w okupowanych krajach wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość: fabryki, urządzenia, surowce, towary, płody rolne, bydło oraz wszelkie dobra należące do obywateli.

Dzieła sztuki były traktowane jako szczególnie atrakcyjna indywidualna polisa na przyszłość. Już przed wybuchem drugiej wojny światowej hitlerowskie Niemcy opracowały plan grabieży polskich zbiorów sztuki, zarówno tych z kolekcji państwowych, jak i prywatnych. Plan ten sam w sobie był naruszeniem ustaleń IV konwencji haskiej z 1907 r., zakazującej kradzieży dzieł sztuki w czasie wojny. Niemieccy historycy sztuki przygotowywali szczegółowe spisy dzieł w polskich kolekcjach. Stały się one podstawą grabieży, której dokonywały wyspecjalizowane instytucje, w tym podległe SS Towarzystwo Badawcze nad Pradziejami Niemieckiej Spuścizny Duchowej, Główny Urząd Powierniczy Wschód, a także dziesiątki zespołów złożonych z rzeczoznawców, ekspertów i kustoszy. Ich działalność była ściśle koordynowana przez dr. Kajetana Mühlmanna, pełnomocnika ds. rejestracji i zabezpieczenia dzieł sztuki i zabytków kultury. W Generalnej Guberni utworzono sieć magazynów (w Warszawie w Muzeum Narodowym i w muzeum w Wilanowie, w Krakowie w budynku Biblioteki Jagiellońskiej), gdzie przechowywano zrabowane dzieła sztuki. W ten sposób do Niemiec wywieziono najcenniejsze skarby polskiej kultury, w tym ołtarz Wita Stwosza z kościoła Mariackiego, obrazy Rafaela, Leonarda da Vinci, Rembrandta i innych wielkich mistrzów, zbiory Muzeum Narodowego, Muzeum Wojska, warszawskiej Zachęty oraz innych polskich muzeów. W czerwcu 1941 r., gdy Niemcy zaatakowały Związek Sowiecki, ich łupem padły także zbiory z polskich muzeów i bibliotek na Kresach, których nie zdążyli zrabować Sowieci, w tym niezwykle cenne kolekcje Lubomirskich i Czartoryskich ze Lwowa. Pod koniec 1942 r. Hans Frank meldował do Berlina o „zabezpieczeniu” 90 proc. polskich zbiorów sztuki i kolekcji. W połowie 1943 r. niemiecki plan kradzieży był w zasadzie zrealizowany. Koordynujący jego realizację, Mühlmann przedstawił Hermanowi Göringowi 80-stronicowy raport wraz z dokumentacją zrabowanych w Polsce dzieł sztuki. Wiele z nich zostało później sprzedanych, ale wiele nadal znajduje się w prywatnych niemieckich kolekcjach. Kolejne rządy Niemiec nie robią nic, aby znaleźć skradzione Polsce dzieła sztuki, a wręcz świadomie chronią sprawców przed zwrotem mienia.

Niemcy się przestraszyli

Sprawa reparacji wojennych dla Polski najwidoczniej uznana została w Niemczech za bardzo istotną, skoro zaraz po wypowiedzi Macierewicza nastąpiła oficjalna reakcja. Zastępca rzecznika niemieckiego rządu Ulrike Demmer stwierdziła, że władze w Berlinie poczuwają się do politycznej, moralnej i finansowej odpowiedzialności za drugą wojnę światową, ale, jak wyraźnie podkreśliła, wypłaciły reparacje w znacznej wysokości za ogólne szkody wojenne, także dla Polski. W jej ocenie kwestia niemieckich reparacji dla Polski została w przeszłości ostatecznie uregulowana, zarówno prawnie, jak i politycznie. Demmer przypomniała, że w 1953 r. Polska wiążąco, a dotyczyło to całych Niemiec, zrezygnowała z dalszych świadczeń reparacyjnych dla całych Niemiec i w okresie późniejszym wielokrotnie to potwierdziła. Poinformowała również, że do tej pory rząd Niemiec nie otrzymał od strony polskiej żadnego oficjalnego stanowiska w sprawie reparacji, do którego mógłby się ustosunkować.

W wypowiedzi Demmer można było zaobserwować pewne podenerwowanie. Chyba dlatego, że sprawę reparacji postawił tym razem jeden z najbardziej prominentnych polityków obozu rządzącego w Polsce. Niemcy spodziewają się, że za wypowiedzią Macierewicza mogą pójść formalne działania strony polskiej.

Wywołana przez Macierewicza sprawa reparacji wojennych wystraszyła również niektóre niemieckie media, które w ostatnich miesiącach nie znały umiaru w krytykowaniu sytuacji w Polsce i działań rządzącego PiS-u. Wprawdzie niemiecki „Die Welt” po raz kolejny jak mantrę powtórzył, że w sprawie tej zapadły uzgodnienia na konferencji poczdamskiej, na mocy których reparacje wojenne dla Polski zostały zaspokojone z części odszkodowań wojennych, jakie przypadły Związkowi Sowieckiemu i że 24 sierpnia 1953 r. rząd PRL sam zadeklarował zrzeczenie się reparacji „w interesie pokojowego rozwoju Niemiec”, jednak niemiecki „Die Zeit” o sprawie reparacji dla Polski napisał już nieco innym tonem. Dziennik nie kwestionował już ich zasadności, tak jak zrobił to „Die Welt”, ale o dziwo wskazał na to, że nie byłyby one do udźwignięcia dla żadnego państwa. Jak można było się domyślać, nie byłby one do udźwignięcia także dla Niemiec i dlatego właśnie nie można o nich mówić w wymiarze realnym. A zatem Polska powinna dać sobie z nimi spokój i nie domagać się odszkodowań za starty, jakie poniosła w czasie drugiej wojny światowej. Niewątpliwie w tonacji „Die Zeit” na temat sprawy reparacji wojennych dla Polski czuć było spore obawy, ale nie przed tym, co się ostatnio stało (za sprawą wypowiedzi Macierewicza), ale przed tym, co w tej sprawie może się jeszcze stać. Na pewno taką sprawą byłoby oficjalne zgłoszenie roszczeń wobec Niemiec przez stronę polską, bo to dopiero zapoczątkowałoby oficjalnie całą sprawę.

W kwestii wywalczenia reparacji wojennych od Niemiec można skorzystać z pomocy którejś z renomowanych kancelarii prawnych z Londynu czy Nowego Jorku. Musimy zadbać również o wsparcie innych krajów dla naszych starań, zwłaszcza takich jak USA, Wielka Brytania czy Izrael, co będzie budowało odpowiedni klimat polityczny wokół całej sprawy. Gdyby i to nie dawało większego rezultatu, można zwrócić się do Izraela z propozycją, aby ten stał się naszym sojusznikiem w sprawie wywalczenia reparacji wojennych od Niemiec. Z państwem, którego naród doświadczył w swojej historii Holocaustu, Niemcy na pewno będą musieli inaczej rozmawiać niż z Polską. Oczywiście możemy wtedy finalnie uzyskać mniejsze środki finansowe, niż stałoby się to w przypadku samodzielnych działań, ale wtedy szanse na to, że coś w ogóle wywalczymy, znacznie wzrosną.

Komentarze

komentarzy