daa85488c5e7ab190ca1bb3044e58a6f_L

Dość tej banksterskiej wścieklizny! Należy rozpędzić całą Komisję Nadzoru Finansowego!

1. Banksterska wścieklizna

„Opinia” Komisji Nadzoru Finansowego dotycząca skutków prezydenckiej ustawy o przewalutowaniu kredytów frankowych po tzw. kursie sprawiedliwym ostatecznie obnażyła rolę tego organu jako ekspozytury lobby banksterskiego. Słowo „opinia” wziąłem tu w cudzysłów nie bez przyczyny, bowiem w istocie nie jest to żadne wypracowane samodzielnie stanowisko – KNF jedynie powtórzyła własnymi słowami to, co przekazały jej banki. Gdyby tego typu wyliczenia przedstawił chociażby Związek Banków Polskich, to publiczność mogłaby nabrać podejrzeń, że bankierzy celowo zawyżają konsekwencje ustawy, by ją storpedować. Ponieważ jednak szacunki przedstawiono za pośrednictwem „niezależnego” i „obiektywnego” organu kontrolnego, to media z miejsca rzuciły się z alarmistycznym gardłowaniem, jakoby KNF „zmiażdżyła” projekt ustawy frankowej, jak raczyła się wyjęzyczyć niezawodna w takich razach „Wyborcza”. Otóż nie. Jeżeli KNF cokolwiek „zmiażdżyła”, to resztki własnego prestiżu, próbując nam wcisnąć ewidentną ciemnotę. Swoją drogą, sytuacja musi być naprawdę podbramkowa, skoro banksterska agentura została zmuszona do tak ostentacyjnego zrzucenia masek i autokompromitacji.

Ale po kolei. Projekt opracowany w Kancelarii Prezydenta zakłada przewalutowanie po „kursie sprawiedliwym” wyliczanym indywidualnie dla każdego kredytobiorcy wedle ustawowego algorytmu. Algorytm ten służy określeniu różnicy między sumą spłaconych dotąd rat a ratami, gdyby dany kredyt zaciągnięto w złotówkach. Powstałą w ten sposób różnicę odliczano by od kapitału pozostałego do spłaty. Drugi element mechanizmu przewalutowania polegałby na dostosowaniu spreadów walutowych, często ustalanych uznaniowo przez banki, do kursów NBP w danym okresie – tu również różnica odejmowana byłaby do kapitału kredytu. Modyfikacja kredytu przebiegałaby na jeden z trzech sposobów: dobrowolny (bank sam przystosowuje umowę do warunków określonych w ustawie), przymusowy (zmiany dokonywane są na wniosek klienta), ewentualnie klient zostaje uwolniony od kredytu poprzez przeniesienie własności nieruchomości na bank. Co więcej, miesięcznie z tytułu „strat” banki mogłyby odliczać sobie do 20 proc. kwoty podatku bankowego i to w systemie „kroczącym” – tzn. niewykorzystane odliczenia przechodziłyby na kolejne miesiące, aż do pełnej amortyzacji „straty”.

Jak widać, projekt jest stosunkowo łagodny, odchodzi np. od pomysłu przewalutowania kredytu po kursie z dnia zawarcia umowy, co byłoby bardziej na miejscu, bo w istocie nie mieliśmy do czynienia z kredytami, lecz instrumentami finansowymi wysokiego ryzyka złożonymi z dwóch elementów – kredytu hipotecznego i opcji walutowej. Innymi słowy, klient zakładał się z bankiem, niczym u bukmachera, o przyszły kurs waluty. Nie wspomnę już o takim drobiazgu, że przy tej okazji „fizycznie” nie było w obrocie żadnych franków szwajcarskich. Ani nie otrzymywał ich klient, ani deweloper, ani same banki nie znajdowały się w ich posiadaniu. Dodatkowo ryzyko walutowe w całości zostało przerzucone na kredytobiorców, ponieważ banki dysponowały rozmaitymi zabezpieczeniami (swapy, CIRS-y) niedostępnymi dla większości klientów – czyli w praktyce zastosowano zasadę „kasyno zawsze wygrywa”. Ale nawet tak łagodne – moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie – potraktowanie ewidentnych wydrwigroszy wystarczyło, by banki dostały wścieklizny.

2. „Bez kozery powiem: pińćset”

Festiwal straszenia konsekwencjami przewalutowania rozpoczął się jeszcze w poprzedniej kadencji, kiedy to parlament również procedował ustawę kredytową. Szczytem wszystkiego był list rządu Ewy Kopacz do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (przy okazji sprawy wniesionej przez węgierski Sąd Najwyższy) grożący, że delegalizacja kredytów walutowych naraziłaby polski sektor finansowy na kilkudziesięciomiliardowe „straty”. Od tej pory co i rusz atakowano nas kolejnymi „szacunkami”. Trigon Dom Maklerski mówił o 19 mld zł, tenże Trigon po ogłoszeniu prezydenckiego projektu podniósł stawkę do 40 mld zł, niedawno NBP przebił licytację, podając kwotę 44 mld zł spodziewanych „strat” sektora, ING natomiast rzucił na stół 47 mld. No, a teraz KNF zakasowała wszystkich sumą 66,9–103,4 mld. zł. Przepraszam, ale przy takich rozpiętościach nie sposób traktować całej tej szopki poważnie.

W jaki właściwie sposób, według jakiej metodologii obliczane były kolejne kwoty? Pytanie takie zadał na posiedzeniu Narodowej Rady Rozwoju prof. Witold Modzelewski – nie żaden oszołom przecież, tylko uznany fachowiec od finansów i prawa podatkowego – i nie doczekał się odpowiedzi. Z „opinii” KNF wynika, że banki zwyczajnie zrobiły prostą symulację: jeśli frank będzie w przyszłości kosztował tyle a tyle, to nasza „strata” wyniesie „pierdylion” peelenów. Jak w znanym skeczu Laskowika i Smolenia: „Bez kozery powiem pińćset! 10 tys.! 50! Milion!”. Ot i cała „metodologia” – zakładamy, że kurs franka wzrośnie o 25 proc., i otrzymujemy ponad 103 mld „straty”, czyli „trup, baronowo, grób, baronowo, plajta, klapa, koniec, krach!”. Dlatego owo kuriozum spłodzone w KNF należy potraktować właśnie jako skecz kabaretowy trzeciej świeżości i w całości wyrzucić do kosza.

Kolejnym bulwersującym elementem tego żenującego przedstawienia jest to, że Komisja Nadzoru Finansowego grzecznie zwróciła się do banków z ankietami, banki wpisały w nie to, co im było wygodnie, zaś KNF nie raczyła tego w żaden sposób zweryfikować. Taki to „organ kontrolny”. Wyobraźmy sobie np. kontrolę skarbową, która zadowala się wypełnieniem przez przedsiębiorcę ankiety…

Jest jeszcze jeden charakterystyczny szczegół. Kancelaria Prezydenta zwróciła się także z zapytaniem o podanie danych, ile banki do tej pory zarobiły na swych „łże-kredytach”. Pytanie to zostało bezczelnie zignorowane – zarówno przez banki, jak i samą KNF.

3. Pogonić banksterską jaczejkę

Jednak w tym wszystkim jedno jest pocieszające. Otóż w reakcji na banksterską hucpę wreszcie pojawił się w dyskursie publicznym argument, który podnosiłem do tej pory kilkakrotnie m.in. w felietonach dla „Gazety Finansowej” – taki mianowicie, że owe „straty” to nie są żadne „straty”, tylko spodziewane zyski, jakie banki planowały zainkasować ze swojego toksycznego produktu. Krótko mówiąc, mimowolnie banki wysypały się, na jaką skalę zamierzają wydoić Polaków, zaś Komisja Nadzoru Finansowego posłużyła za pas transmisyjny, do czego dołączył się medialny jazgot. W efekcie do obywateli, nawet tych nieumoczonych w „łże-kredyty”, dotarł rozmach całego procederu. Tak oto nakręcając medialną histerię, banksterzy dokonali samozaorania – i to na kilku poziomach. Kolejnym poziomem jest bowiem mit o wyśmienitej kondycji sektora bankowego – jakaż to kondycja, jeżeli całą potężną ponoć branżę może położyć modyfikacja jednego produktu, i to amortyzowana odliczeniami podatkowymi? Wniosek jest taki, że mamy do czynienia z jakimiś wirtualnymi projekcjami – banki udzielały kredytów, wpisywały sobie je po stronie przychodów, na to konto kreowały następne poziomy finansowej piramidy… po czym okazuje się, że wystarczy wyjąć jeden klocek i cała „potęga” sypie się jak domek z kart.

Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że przecież nie mówimy o „stratach” (czy może raczej – zmniejszonych zyskach) w skali jednego roku. Nawet jeśli przyjąć za dobrą monetę któreś z tych wyliczeń płodzonych na zasadzie „kto da więcej”, to wszak owe korzyści utracone na skutek ukrócenia możliwości walutowej spekulacji (bo do tego całe przewalutowanie się sprowadza) zostaną rozłożone na kolejne 20 lat. Nikt bankom nie każe sięgać nagle do sejfów i oddawać kilkudziesięciu miliardów. Kwotę kredytu plus odsetki jak najbardziej zainkasują. Gdzie więc jest ta „strata”?

No i wreszcie – owe 40, 44, 47, 67 mld (za każdym razem się śmieję, gdy patrzę na ten rozrzut) zostanie w kieszeniach Polaków. Zamiast przynieść je bankom w zębach, przeznaczą je na towary i usługi, co ważne, na realnym rynku. Takie jest prognozowane zasilenie gospodarki uwolnionym pieniądzem, finansowymi „mocami przerobowymi” obywateli. Od tego budżet państwa ściągnie podatki, choćby VAT. Jeśli 500+ ma nakręcić koniunkturę, to wyobraźmy sobie pobudzenie gospodarcze wskutek przewalutowania.

A że banki mogą zacząć się zwijać? Tym lepiej. Jeśli stracą na wartości lub wręcz kilka z nich padnie, otworzy to na oścież wrota do repolonizacji sektora – tak stało się na Węgrzech po wprowadzeniu podatku od instytucji finansowych, możemy powtórzyć to i u nas. Potem pogonimy banksterów, wytarzawszy ich uprzednio dla przykładu w smole i pierzu, na czele z szantażystami ze Związku Banków Polskich, już teraz natomiast należy rozgonić na cztery wiatry Komisję Nadzoru Finansowego, skopawszy tej banksterskiej jaczejce solidnie tyłki na do widzenia. Na jej miejsce trzeba powołać nowy organ kontrolny z daleko idącymi uprawnieniami, złożony z ludzi niezwiązanych z bankową mafią, którzy tę bandę oszustów mocno chwycą za mordy

Komentarze

komentarzy